Znad Mapy Wit Szostak

Zanim porozmawiamy o mapie, to jednak muszę zapytać o ostatnią książkę. Ty tak masz, że po biografii, musisz wrócić do wojny?

Tak jakoś wyszło. To nie było celowo. Szukałam tematu do nowej książki i pojawiły się roboczo nazwane “Dzieci wojny”. Z tematami to jest tak, że musisz poczuć dreszczyk, jak przy zakochaniu. Tu od razu poczułam dreszczyk, że to będzie to. No i faktycznie – to było to.

Wojna i spektakl bitewny to jest taki oczywisty krajobraz dla map. Ciebie wciągają mapy, gdy piszesz i myślisz o książce? Czy jednak nie – ważniejsza jest opowieść?

Jestem maniaczką map. Koniecznie muszę wiedzieć, gdzie i w jakiej odległości coś się wydarzyło. Staram się tylko omijać mapy frontów, nie cierpię tych map z czerwonymi, grubymi strzałkami. Czasami muszę na nie zaglądać, ale ja piszę o ludziach z tyłu frontów.

Muszę powiedzieć, że posiadam wewnętrzny GPS. Po prostu nie gubię się nigdy w terenie, czy miejscach zabudowanych. Jeżeli gdzieś byłam chociaż raz, czy to w jakimś małym, hiszpańskim miasteczku, czy w Paryżu – to za drugim razem idę tak, jakbym miała wgrany GPS. Zawsze tak miałam.

Dobrze to rozumiem, bo też nie wiem, jak można się pogubić w jakimś mieście. Raz się na mapę spojrzy i właściwie już wiadomo.

Teraz to się korzysta z GPS-u i człowiek się rozleniwia. Kiedyś, po przyjechaniu do Warszawy czy wylądowaniu w jakimś innym mieście, kupowałam mapę, otwierałam, szukałam, gdzie chcę dojść po tych G6, G7. Pamiętasz jeszcze, że mapy są tak pokratkowane? Patrzyłam, jak tam dojść i potem szłam niemal na pamięć. Jestem bardzo dumna z tej swojej właściwości. Zbierałam potem mapy miast, w których byłam. Kiedyś robiłam porządki i zobaczyłam, że one zajmują mi już za dużo miejsca i oddałam je mojemu teściowi. Mój teść nigdzie nie wyjeżdża. Nigdy. Ale zawsze jak ja wyjeżdżam dokądś z moim mężem, to on siada i przez całą naszą podróż jedzie palcem od miejsca do miejsca, gdzie my jesteśmy. Dzwonimy z podróży, mówimy gdzie jesteśmy, a on wtedy zachwyca się danym miejscem na mapie.

Widok turysty, który stoi z mapą i bezradnie rozgląda się dookoła jest już tak wyjątkowo rzadki, że aż wzruszający się robi.

Tak, od razu chcesz się rzucić i pomóc, prawda?

Z mapą Google’a chcesz się rzucić i pomóc.

W Sopocie to w ogóle jest tak, że non-stop służysz za żywą mapę. Mieszkam w centrum miasta i tutaj jest mnóstwo ludzi, którzy nie wiedzą, jak dojść do swoich wynajętych apartamentów. Najbardziej mnie rozczula to, że ludzie nie wiedzą gdzie jest morze. Jak jedziesz do Sopotu, to chyba spojrzysz wcześniej na mapę? Morze jest na dół. Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Jeszcze o Monciak można pytać – mogą nie wiedzieć, ale gdzie jest morze? Więc ja mówię: “W dół. Prosto w dół”.

Z tego pewnie możemy się długo nabijać, ale ciekawszy wydaje się wątek o tym, że rzeczywiście kiedyś kupowało się i zbierało, kolekcjonowało mapy. Przypominały nam o tym, gdzie byliśmy, choć pamiętam, że kupowało się mapy też tak po prostu, bez okazji.

Ja to robiłam jako dorosła, bo jestem od Ciebie trochę starsza. Ostatnia mapa państwa, którą kupiliśmy, to była mapa Stanów Zjednoczonych, bo jechaliśmy do Ameryki i wiedzieliśmy, że tam jest bardzo słabo z Internetem. Ponieważ maniacko rysuję po książkach, to po mapach też, więc zaznaczaliśmy, gdzie byliśmy. To jest super pamiątka. Czasami sobie teraz tą mapę rozkładamy i sobie patrzymy. Ponieważ mój mąż bardzo lubi książki o tematyce amerykańskiej, to czytając też się nią posługuje i patrzy na miejsca, o których czyta.

Wybrałaś jednak na naszą rozmowę bardzo specjalną mapę. Mapę Stumilowego Lasu.

Tak. I teraz wychodzę na dziecinną.

Lub Lasu Stuakrowego.

Nie, ja z tym tłumaczeniem się nie zgadzam. Wybrałam mapę Stumilowego Lasu, bo jak zadałeś mi pracę domową, żebym wybrała sobie jakąś mapę, to uznałam, że najważniejsze jest pierwsze skojarzenie, a nim była właśnie mapa z “Kubusia Puchatka”. Z takiego starego wydania w granatowej okładce. Mapa była czarno-biała i znajdowała się na wklejce, czyli zaraz za okładką a przed treścią. Bardzo szybko zaczęłam czytać książki i pamiętam, że bardzo, bardzo lubiłam “Kubusia Puchatka”. Czytałam go pewnie kilkadziesiąt razy i zawsze patrzyłam na tę mapę, bo chciałam wiedzieć, gdzie to wszystko się dzieje. Pomagałam wyobraźni. Druga mapa, która przyszła mi od razu do głowy, to też była mapa z mojego dzieciństwa. W podstawówce miałam pokój wytapetowany na czerwono…

Kto robi dzieciom czerwone tapety, przecież to wzbudza agresję!

Ja miałem czerwone meble.

Ja też miałam biało-czerwone meble, takie narodowe i tapetę. Może mieliśmy takie same?

Kto to wymyślił, żeby dzieci miały czerwone meble?

Naprawdę szaleństwo. W każdym razie do tej tapety przypięłam szpileczkami mapę Polski. Taką zwykłą mapę. Uwielbiałam się w nią wpatrywać. Nigdy nie byłam dobra z geografii. Moja fascynacja mapami w ogóle się nie przełożyła na stopnie.

To była taka zwykła mapa topograficzna Polski, na której były zaznaczone równiny, wyżyny, doliny i różne dziwne miasta typu Radom. Tajemnicze okolice. Nieznane, bo nie podróżowałam po Polsce w dzieciństwie. Ale postanowiłam, że wybieram mapę z “Kubusia Puchatka”. Dzisiaj, jak jej szukałam w internecie, to znalazłam artykuł, że rysunek tej mapy namalowany przez autora ilustracji został sprzedany na aukcji za 470 tysięcy funtów i to jest najdrożej sprzedana ilustracja do książki w historii.

Ta mapa kojarzy mi się z poczuciem bezpieczeństwa. Dla mnie ten Stumilowy Las zwany także Lasem Stuakrowym, jest czymś takim, co daje poczucie bezpieczeństwa. Wszystkich jej mieszkańców znam. Nie lubię Królika, wkurza mnie Sowa, bardzo lubię Krzysia – to jest dla mnie takie wejście do krainy dzieciństwa. Jedną dziwną rzecz zauważyłam przeglądając mapy – że są dwie mapy w Kubusiu Puchatku. Na tej oryginalnej Krzyś stoi pod drzewem, a Kłapouchy ma swoje miejsce w dolnym, prawym rogu. Jest jeszcze taka mapa, gdzie Kłapouchy jest w innym miejscu. Dzisiaj ją znalazłam. Bardzo dziwna. Nie rozpoznałam jej w ogóle.

Na mapie Stumilowego Lasu są symbole i ikonki w rodzaju “Dobre miejsce na piknik”, co akurat mi się od razu kojarzy z “Piknikiem pod wisząca skałą”

Albo “gdzie nie było śladów łasiczki”. To też w lewym, dolnym rogu, co nie?

Myślałaś o takim mapowaniu własnej okolicy w ten sposób?

Własnej nie, ale w dzieciństwie rysowałam własne mapy. Tylko, że ja nie mam talentów rysunkowych. Jestem jedynaczką, więc dużo przebywałam sama ze sobą, ale jakoś nigdy się nie nudziłam. Pamiętam, że wyobrażałam sobie różne krainy i rysowałam ich mapy. Potem dorysowywałam domy. Tylko, że ja nie umiem narysować równo żadnego kwadratu, ani niczego takiego, więc zawsze mi się coś nie mieściło na tych mapach. Jak ktoś mówi: „To narysuj mi, jak do Ciebie dojechać” to zawsze mój dom wychodzi 3 metry za tym rysunkiem.

Takie zaburzenie skali to ciekawe u reporterki. Z drugiej strony może to ułatwia rozglądanie się po historii.

Mieliśmy na studiach zajęcia z psychologii i wykładowca chciał nam pokazać, że ludzie źle widzą odległości. Pokazał nam jakiś rysunek i ja najgorzej widziałam te odległości ze wszystkich. Bardzo jest dziwny ten człowiek – w sensie ja.  W ogóle człowiek jest dziwny, nie? Tak te mapy lubię i się w nich orientuję, a jednocześnie odległości nie umiem ocenić.

Taka mądra, a białe nadeptuje na pasach.

Taka mądra, a taka głupia.

Ale wiesz co? Jak piszę, to ja to wszystko widzę. Jak pisałam o Panu, który spędził dzieciństwo i II wojnę światową w Kaliningradzie, to ja to miasto przeszłam na mapach. Wiedziałam, gdzie on mieszkał, prześledziłam jego trasę do fabryki, w której pracował, prześledziłam gdzie była jego synagoga, bo to był chłopiec żydowsko-niemieckiego pochodzenia. Potem się łatwiej pisze. Czasem jednak muszę zobaczyć. Nie umiałam sobie wyobrazić łagru i Kazachstanu, dlatego pojechaliśmy tam i teraz już wiem, o czym piszę. Zawsze trzeba się jakoś napatrzyć.

I jak ten Kazachstan wygląda?

Jest niesamowity! Pierwszy raz w życiu widziałam stepy i chcę tam wrócić. To jest to, czym Mickiewicz się zachwycił.

Nie ułatwiasz...

Bo to jest tak. Jedziesz asfaltową drogą, która jest w całkiem dobrym stanie. Wysiadasz i patrzysz w przestrzeń i widzisz tylko taką suchą, niską trawę, która jest trochę zielona, trochę żółta. I tak cię ciągnie, i ciągnie. Nie ma końca. Nic tam nie widzisz. To jest takie morze. “Suchy przestwór oceanu”, naprawdę. Niesamowite. Nad nim jest tylko jednostajne, błękitne niebo. To daje takie poczucie wolności. Oczywiście Kazachstan jest bardzo dziwnym krajem – dziwnym z punktu widzenia Polaka – i bardzo niesamowitym.

Cały świat jest dziwny z punktu widzenia Polaka.

To prawda.

Świat poza własnym domem już jest dziwny.

Tak, ale wiesz… Ja tak bardzo teraz tęsknię za podróżowaniem, za mapami, żeby coś robić, więc być może teraz już idealizuję ten Kazachstan. Nie pojechaliśmy na południe, gdzie jest podobno najpiękniej. Karaganda i okolice, które poznaliśmy nie należą do najpiękniejszych, bo jest tam mnóstwo kopalń, powietrze jest bardzo zanieczyszczone, a samo miasto to jest taka Warszawa z lat 60., w której poszło coś nie tak. Ale ma swój urok. Nie wszystko musi być takie jak Sopot.

Powiedziałaś, że ten widok daje poczucie wolności, ale przecież ty musiałaś sobie wyobrazić, jak tam nie ma tej wolności.

Dlatego pojechaliśmy do łagru. To przygnębiający widok. Najbardziej zadziwiające jest to, że w byłej stołówce enkawudzistów, strażników łagrowych, jest dzisiaj bar mleczny z salą weselną, złotymi zasłonkami i firankami. Baraki są przerobione na domy mieszkalne. To, co kiedyś było wielkim terenem łagru, dzisiaj jest wsią. Ile tam tragedii się działo. Ile wszystkiego potwornego, a ludzie potrzebują żyć. Ludzie wszystko potrafią oswoić. W środku wsi stoi olbrzymi, odmalowany budynek z czerwoną gwiazdą, a w środku jest muzeum. To był budynek głównej dyrekcji Karłagu, największego obozu pracy. Karłag ciągnął się przez cały Kazachstan. To była największa wyspa Gułagu.

A to muzeum jest czego?

Muzeum Karłagu. W środku kukły więźniowie, kukły oprawcy, jest kukła skazaniec, któremu właśnie kukła enkawudzista strzela w głowę. Jest szpital pełen kukieł. Jest także gabinecik, gdzie siedzi profesor kukła. To jest takie muzeum, z którego wychodzisz i sobie myślisz: „Nie było tak źle w tych łagrach”. Taka propaganda.

Trochę jak w muzeum Powstania Warszawskiego, z którego wychodzisz i myślisz, że myśmy to powstanie wygrali.

Wychodzisz z tego muzeum i myślisz sobie, że owszem byli tam ludzie i było im zimno, ale przecież wszystkim było zimno, bo w Kazachstanie są zimne zimy. Natomiast kto był naukowcem ten miał lepsze warunki. Są też pokazane zdjęcia słynnych ludzi, którzy tam byli. Taka sala celebrytów, bo przecież była tam matka… Boże… słynny bard…. Nie Wysocki tylko…

Kaczmarski?

Nie, no rosyjski bard.

Ja nie wiem, moi bardowie są młodsi od Twoich bardów.

Nieważne. Byłam tam matka Mai Plisieckiej i jej brat. Maję Plisiecką kojarzysz?

Tak. Czyli jest taki zestaw łagrowych celebrytów?

Tak, jest sala celebrytów. Jest na przykład sala osiągnięć rolniczych, gdzie chwalą się, że w łagrze udało się uzyskać krowę wielką jak czołg, a świnię wielką jak krowa. Słoneczniki też rosły wyżej. I sobie myślisz: “super było w tym łagrze”. Ale nie było.

Ty piszesz o dzieciach. Jak dzieci organizowały sobie przestrzeń w takim miejscu?

Łagier – o czym też nie wiedziałam – był podzielony na podobozy, które były otoczone drutami, więc dzieci, mieszkały w jednym baraku  i mogły wychodzić tylko przed ten barak. To wszystko. Nie chodziły nigdzie dalej, a do pracy ich jeszcze nie goniono.

Czyli ten ich świat był bardzo ograniczony?

Tak, do najbliższego płotu. Dzieci czyli dorośli, z którymi rozmawiałam, nie mają w głowie mapy łagru. Nie byli mi w stanie opisać, jak był łagier skonstruowany, tego nie wiedzieli. Jeden pan, który spędził w łagrze osiem lat opowiadał mi, że za drutami widział kwiaty i marzył o tym, żeby do nich pójść, zobaczyć je z bliska. Jego mapa byłaby może jakoś pokratowana? Wiem, że musimy jakoś do tych map wrócić, bo w końcu tematem są mapy.

Nie. Nie musimy. Możemy sobie odpłynąć tam, gdzie nas te mapy właśnie zawiodą, w końcu mapa do czegoś prowadzi, a my nie jesteśmy osobami, które łatwo dają się zaprowadzić do jakiegoś jednego celu.

Nie.

Zupełnie. To nas nawet chyba nie interesuje za bardzo.

No, chyba tak.

Z jednej strony mówisz, że masz ten step, masz wielką przestrzeń tego Kazachstanu, gigantyczny kraj. Z drugiej strony te dzieci dorastające w małych, bardzo ograniczonych przestrzeniach, które później muszą sobie poradzić z tą większą przestrzenią. Mieli z nią jakieś problemy? Bali się jej?

Wręcz odwrotnie. Ludzie, z którymi rozmawiałam i którzy byli w łagrach jako dzieci w ogóle nie boją się przestrzeni i nie boją się przemieszczania. Każde z nich dużo podróżowało zanim osiadło w swoim miejscu. Nawet jak wyszedłeś na wolność z łagru, to i tak nie mogłeś wyjechać z jego okolicy, bo byli potrzebni cały czas pracownicy. Zatem jak się urodziłeś w łagrze, to potem się przeprowadzałeś do miasta czy wsi obok, która właściwie niczym się nie różniło, tyle tylko, że drutów nie było.

Dzieci wychowane w łagrach nie znały map, nie widziały pociągu. Gdy jeden z moich bohaterów mógł wyjechać z Kazachstanu, to ojciec mu powiedział: „Zobaczysz pociąg”. Ten dzieciak wyobraził sobie, że pociąg to jest budynek i był szalenie rozczarowany jak już go zobaczył. Mówił mi, że na Kołymie mówiono, że jechać do Rosji, to jechać na ląd. Choć mieszkali na stałym lądzie, to czuli się jak na wyspie. Wieczna zmarzlina, bagna – stamtąd nie dało się uciec, bo gdzie? Latem zeżrą cię zwierzęta, zimą zamarzniesz.

Trochę, jak u Szejnert, w opowieściach z Polesia. Dla nas stały ląd, dla nich – wyspy.

Myśląc o takich powiązaniach, to przychodzi mi do głowy jedna historia. Gdy pracowałam nad tą książką, pojechałam do Strzelec Krajeńskich – piękne poniemieckie miasteczko. Wysiadłam z pociągu na stacji Strzelce Krajeńskie, która jest w… Sierosławicach. Kilkanaście kilometrów odległości. Nie jeżdżą autobusy, nie ma taksówek. Miasto, które jest odcięte od świata. I to nie jest miasto w Bieszczadach, ale w Wielkopolsce. To był szok, a ja nienawidzę chodzić na piechotę. Na szczęście natura nie lubi próżni i zaraz podjechał do mnie jakiś Pan, który mówi, że przypadkiem jedzie do Strzelec i za 10 zł mnie zawiezie. To był taki miejscowy Pan, dorabiający w ten sposób. Ci ludzie też mają inną mapę, a to jest środek Polski, to nie musi być Kazachstan.

Znamy to z książki Olgi Gitkiewicz, ale i doświadczenia. Niedawno jadąc na rowerze najbardziej zdziwiło mnie to, że przez kilka godzin jazdy nie minął mnie żaden autobus, a nie jechałem jakimiś drogami bardzo pobocznymi, tylko trasą wojewódzką, czyli tą, którą łączy średnie miejscowości w ramach powiatu czy województwa. Wydawałoby się, że to taki oczywisty element przyrody, który powinien występować. Olga pisała w książce, że mapa wygląda jak tor z przeszkodami naturalnymi. Tu możemy wrócić do “Kubusia Puchatka”, gdzie też najwięcej miejsca zajmuje przyroda, a świat zewnętrzny nie ma za bardzo do tego dostępu.

Właśnie dlatego masz poczucie bezpieczeństwa w tym lesie. Może tylko na Ciebie naskoczyć Tygrysek, ale dasz radę. On Cię nie zje, tylko będzie się z Tobą bawił. Kogo najbardziej lubiłeś z Kubusia Puchatka?

Kłapouchego.

O! A ja Prosiaczka.

Ja Kłapouchego, bo wydawał mi się odpowiednio zdystansowany do rzeczywistości.

Ale przecież on ma straszną depresję.

W katolicyzmie jest takie słowo – prefiguracja.

Jeśli w ten sposób, to ja jestem Prosiaczkiem. „Kubusiu, ale ja się tak boję”.

Ty się boisz, a z drugiej strony biegasz po tym świecie.

Tak, bo ja tak naprawdę to się nie boję.

Przypomniało mi się coś fajnego o mapach. Jak zamkniesz oczy, to jaką mapę Polski widzisz? Umiesz narysować mapę Polski odręcznie, prawda? Z zamkniętymi oczami.

Niestety tak.

Każdy człowiek urodzony po roku 1945 roku będzie umiał narysować tę mapę w taki sposób. Gdy studiowałam historię, miałam zajęcia z nieżyjącym już profesorem Wapińskim i on kiedyś nam powiedział, że musimy pamiętać, że ludzie urodzeni przed wojną, mają inną mapę w głowie. Wapiński stanął przy tablicy i od ręki narysował kształt przedwojennej Polski, która dla nas była niczym. Krzywa plama. Taka chuda, bez naszych ziem zachodnich… Jednak, jak noszę w sercu tę nieszczęsną Polskę, którą chciałabym czasem tak potrząsnąć, to ona ma jednak kształt kwadraciku, jabłuszka z takim ogonkiem w postaci Helu.

Od tego Helu zawsze zaczynałem rysować mapę.

My, czyli nie-Ślązacy, bardzo jesteśmy zanurzeni w tej powojennej mapie, choć ona jest świeżutka, przecież ma dopiero siedemdziesiąt parę lat. Jestem historyczką, reporterką, piszę książki o wojnie, a za każdym razem, kiedy uświadamiam sobie, że Polska graniczyła z Rumunią, to nagle przeżywam takie sekundowe zaskoczenie: „Co? Z Rumunią? Przecież to tak daleko”. Dopiero po chwili myślę: „No tak, oczywiście”. Przecież ja to wiem. Takie stereotypy są w nas wszystkich.

Ciekawe czy Rosjanie potrafią tak narysować mapę Rosji – taką wielką.

Chciałam powiedzieć jeszcze, jak ludzie widzą swoje mapy w głowach. Moja mama wyszła kiedyś za mąż za Niemca. Nie w czasie II wojny światowej, tylko w latach 90. To był bardzo miły, życzliwy człowiek. Mieszkali pod Bonn, a ja pojechałam do nich po raz pierwszy gdy byli jeszcze narzeczeństwem. Józef wykazywał mnóstwo pomysłowości chcąc nas zabawić. I w ramach tego poszedł do piwnicy i przyniósł stamtąd atlas szkolny. Geograficzny, z lat 50. Całe nasze tak zwane Ziemie Odzyskane na tej mapie były zaznaczone kreseczkami, jako taki teren sporny i podpisane: „Tereny pod tymczasową kuratelą Polski”. To nie był jakiś hitlerowski, nazistowski artefakt. Byłam w szoku, którego on nie rozumiał. On myślał, że tak było, bo tak go uczono.

I tak od “Kubusia Puchatka” do wypędzeń.

No tak jakoś nam wyszło.

Ale to też domek, bo wypędzeni jednak wspominali dom, “heimat”.

Ja ich nie uważam za wypędzonych.

Nie?

Są ofiarami, ale nie są wypędzeni. Bardzo współczuję Niemcom, w “1945” pokazuję, że też byli ofiarami, ale nie byli wypędzeni. Oni po prostu musieli wyjechać, bo się zmieniła sytuacja geopolityczna. Nie wiem, jak ich nazwać. Wywiezieni? Wyprowadzeni? Wypędzeni to tak, jakbyśmy przyszli i powiedzieli: „Teraz się wynoście”. Trochę im tak powiedzieliśmy, ale trzeba to wszystko jednak równoważyć.

My tak od Kubusia Puchatka, Kłapouchego i Prosiaczka do przesiedleń, wypędzeń, opowieści o łagrach skaczemy, trochę jak na takiej mapie z leksykonem, otwierasz na przypadkowej stronie, a tam jakiś kraj, jakieś miasto, ciekawostka.

Takie podróżowanie po przypadkowych miejscach pomogło mi troszeczkę przetrwać pandemię, siedzenie w domu, niepodróżowanie. Wchodziłyśmy z córką w Google Maps, zamykałyśmy oczy i palcem na mapie szukałyśmy jakiegoś miejsc, potem powiększałyśmy i za pomocą Google Street View chodziłyśmy po ulicach danego miejsca. To było niesamowite. Taka namiastka podróży. Oczywiście wybierałyśmy też różne cele. Moja córka marzy na przykład, żeby pojechać na Bora-Bora. Nie wiem skąd ona to wzięła, próbuję jej wyjaśnić, że możemy pojechać do Baden-Baden najprędzej. Więc chodziłyśmy też po Bora-Bora.

Ale lądowałam też na przykład na tyłach jakiejś fabryki w Luzijanie. To nie są fajne widoki, ale wtedy szybko człowiek przeskakuje.

Możliwość ucieczki to jeden z największych plusów korzystania z Google Maps. Bohaterowie twoich książek też często uciekają, są przerzucani z kraju do kraju, miotają się po tej mapie. I mimo to zachowali głód świata.

Pewnie sami też uciekali przed czymś. Na przykład ten chłopiec, który mieszkał w Königsbergu, a potem jeszcze trochę w Kaliningradzie całe życie uciekał przed antysemityzmem. Po wojnie pojechał do Niemiec, potem był w Nowej Zelandii i tam też dopadł go antysemityzm, w związku z czym stwierdził, że wraca do Niemiec. Do śmierci mieszkał w Stuttgarcie. „Skoro i tak mnie wszędzie antysemityzm dopadnie, to przynajmniej będę w Niemczech, gdzie znam kulturę” – mówił.

Dlatego bycie gejem w Polsce jest nawet znośne, bo człowiek wie, co go czeka. Człowiek tak już ma, że mimo wszystko najbezpieczniej tam, gdzie krewni i znajomi Królika.

Na mapie, to jest w środku. I w ten sposób zatoczyliśmy koło.

Magdalena Grzebałkowska, Wojciech Szot. Bardzo serdecznie dziękujemy za uwagę. Jeżeli Państwa uwaga jeszcze się utrzymała przy tej rozmowie.

No oczywiście. To dopiero 52 minuty.

t