Znad Mapy Filip Springer

Udostępniłeś nam dwie mapy stworzone za pomocą Google Maps. “Września” i “Mapa tekstów”. “Mapa tekstów” ma 24 tysiące wyświetleń. Często do niej wracasz?

Już nie, ale kiedyś miałem taką ambicję, żeby wszystkie teksty, zwłaszcza te z bloga przypiąć do mapy. Problemem takich pomysłów jest ich regularne aktualizowanie. Jak na jakiś czas o tym zapomnisz, to już ci się odechciewa, dlatego ona nie jest bardzo aktualna, ale i tak sporo tam nawrzucałem.

W mojej ocenie to jest tytaniczna robota. Kiedy założyłeś swoją pierwszą mapę na Google Map?

Jak zacząłem pisać „Źle urodzone” to miałem już mapę z zaznaczonymi punktami. Ale pierwszą mapę, na której zaznaczałem jakieś rzeczy to zrobiłem już w podstawówce. Google pozwala na to, by mapa była zawsze pod ręką.

Co zaznaczyłeś na mapach z podstawówki?

„Głos Wielkopolski” miał sobotni dodatek, w którym zamieszczał mapy turystyczne o skali 1:25000. Razem z ojcem zbieraliśmy je do takiej dużej teczki. Drukowano je na gazetowym papierze, więc nadawały tylko na jedno wyjście, szybko się rozpadały, blakły i przedzierały. Niektóre z nich miałem w dwóch kopiach i zwłaszcza wtedy na jednej z nich zaznaczałem sobie różne rzeczy. Bo druga musiała być nienaruszona. To był rodzaj zabawy, który sprawiał mi wiele przyjemności. Gdy byłem w harcerstwie to rysowałem też mapy, bo to jedna z umiejętności, które trzeba nabyć. To było doświadczenie stwarzania świata, bo możesz na tej mapie zaznaczyć drzewo, pod którym zawsze się zatrzymujemy albo to gdzie jest szałas, który zbudowaliśmy. Rzeczy, na które nie ma miejsca na oficjalnej mapie.

Mapa oficjalna dla dziecka jest też dość nudna. Gdy przyjrzymy się dawnym mapom, na których jest miejsce dla potworów, to one wydają się przez to o wiele ciekawsze.

Mnie chyba najbardziej interesuje mapa, na której jest miejsce. Mapa operująca jakimś językiem. Potwór na mapie jakoś mnie średnio porywa. Nie mam zamiłowania do dawnych map, ale za to mam zamiłowanie do rozbudowanej legendy na mapach. Do tego, że możesz zaznaczyć granice kultur, różnicę między lasem sosnowym, a brzozowym, charakter terenu. Jak spojrzysz na przykład na mapy biegów na orientację, to są mapy, na których zaznaczono przebieżność terenu. Którędy przebiegniesz, a którędy nie przebiegniesz, bo las jest zbyt gęst.

Uczestnicy zawodów biegną – tak po poznańsku mówiąc – na szagę, czyli nie po drogach, a najkrótszą trasą na azymut, zatem muszą wiedzieć czy na drodze, którą im busola wyznaczyła jest zagajnik, przez który będą się przedzierać i podrą sobie ubranie, czy jest bukowy las przez który mogą śmigać na pełnym pędzie. To też jest sposób patrzenia na przestrzeń.

Najbardziej mnie właśnie interesują znaki i symbole na mapach i to co można z nich wyczytać. Wbrew pozorom dobra mapa topograficzna, która zawiera te wszystkie informacje, jest lepsza niż satelita czy mapa z Google, na której widzisz las z góry, a nie masz pewności, czy jest to las brzozowy z sosnowym, czy jakiś inny.

Jak klikasz na mapę Wrześni, to co pierwsze ci się przypomina z realnego miasta?

To jest typowa mapa robocza z mojego projektu. Mapa, która pozwala ogarnąć informacje i po napisaniu tekstu, poza jakimś znaczeniem sentymentalnym, którego jakoś nie bardzo eksploruję, już nie ma znaczenia. Nie odwiedzam tych map później. Nie przypominam sobie jaka była Września, gdy pracowałem nad tym projektem, natomiast w czasie, kiedy pracowałem nad „Zegarmistrzem”, zaznaczanie tych wszystkich miejsc bardzo mi ułatwiało pracę. Chodziłem po mieście i je fotografowałem, oglądałem, ale też próbowałem zbudować świat mojego bohatera, w związku z czym układałem sobie marszruty na przykład w oparciu o mapę, albo zastanawiałem się czy on z danego miejsca, w którym jest, widzi następne miejsce, które jest na mapie. Albo którędy musiał iść, żeby do tego miejsca dotrzeć, co mijał po drodze. Jak patrzę na taką mapę, to sobie przypominam moje trasy po Wrześni i miejsca, do których musiałem dotrzeć. Gdzie dotarłem pieszo, gdzie dotarłem na rowerze. Tego typu rzeczy. Takie bardzo praktyczne sprawy.

W książce łączysz fotografię, tekst, ale też fikcję. Tylko, że ta fikcjonalizacja u Ciebie musi mieć bardzo realistyczne podstawy.

To jest bardzo ciekawe, bo ta książka dla mnie była niezwykle ważna, żeby się nauczyć jak pisać, czy wprowadzać fikcję. Metoda, którą w niej przyjąłem nie sprawdziła się. Za dużo chciałem mieć pod kontrolą. Jestem bardzo zadowolony z tej książki i niczego bym w niej nie zmienił, natomiast strasznie się narobiłem nad szczegółami. Gdy pisałem “Zegarmistrza” byłem reporterem, który zaczynał eksplorować temat fikcji, a w pracy reporterskiej muszę mieć nad wszystkim bardzo dużą kontrolę – nad materiałem, czy notatkami, które mam przeczytane dziesięć razy. Tworzę mapę myśli. Natomiast cała fabuła „Zegarmistrza” jest wymyślona i już wiem, że nie można mieć tego opracowanego tak do końca. Wymyślenie książki przed pisaniem zabija to, co jest najfajniejsze w pisaniu fikcji, czyli odkrywania swojego bohatera i opowieści w czasie pisania. Teraz pisząc nową książkę, która też będzie w sporej części fikcją, zrobiłem sobie szkielet, który mi pokazuje o czym to ma być i jak ma być, ale Ci bohaterowie żyją swoim życiem, w czasie pisania się odkrywają i to o wiele lepiej idzie.

Jakbyś pochodził z „Zegarmistrzem” po Wrześni, to byś odkrył, że na przykład ten główny bohater mija McDonalda jadąc do Warszawy, a to niemożliwe, gdyż McDonald jest z drugiej strony.

Po prostu szaleństwo fikcji, Filip.

Takie lustrzane odbicie jest częste w topografiach miast. Do tej książki podszedłem bardzo roboczo i warsztatowo, pisałem ją ze świadomością, że przede mna są inne projekty, które będą wymagały takich działań, ale bardziej złożonych. Tutaj to było dosyć łatwe do ogarnięcia, bo Września jest niewielka, historyjka też, więc mogłem sobie popróbować, nie ryzykując za wiele.

W fikcji potrzebujesz skrótu, który trudno osiągnąć w reportażu. Jeszcze poezja daje takie możliwości.

Gdy pisałem „Dwunaste”, to wtedy wyklarowały się te momenty, w których fikcja jest możliwa, zasadna, i potrzebna, oraz takie, w których trzeba jej unikać. To było ważne doświadczenie, żeby też nie spinać się, że coś musi być fikcją. W „Zegarmistrzu” jednak było tak, że momentami stosowałem fikcję na siłę. Śmiejesz się z tego McDonalda i rzeczywiście, z dzisiejszej perspektywy to nie jest najbardziej niezbędny zabieg w tej książce, ale też w niczym nie przeszkadza, a nawet sprawia, że osoby z Wrześni nie czytają tej historii jeden do jeden, bo widzą, że tam się coś dzieje z przestrzenią.

To kiedy jest ten moment fikcji?

Moment fikcji jest wtedy, kiedy czujesz, że twoja opowieść mogłaby o wiele głębiej opowiadać problem, który chcesz przedstawić. Gdy nie masz tego w źródłach, ale wiesz, że jakbyś domyślił pewną rzecz, to to będzie bardziej o tym, o czym chcesz opowiedzieć. Po prostu. To dosyć łatwo namierzyć, tylko trzeba się uwolnić z myślenia, że pisze się w jakimś gatunku.

Czyli ten moment, gdy reporter, czy reporterka jest bliska uchwycenia czegoś, ale żaden bohater, bohaterka nie chce im tego powiedzieć. Co zrobić w takiej sytuacji?

Trzeba przestać myśleć gatunkowo i trzeba pisać opowieść. Jak się da ją pisać narzędziami reporterskimi, to czemu nie, one są fajne. Mi sprawiają jeszcze przyjemność czasem, a jak się nie da, to trzeba sięgnąć po inne.

Mapa jest czymś pomiędzy gatunkami. Z jednej strony czymś bardzo, wydawałoby się realistycznym, a tak naprawdę opowiada absolutną fikcję, coś czegoś nie ma.

Fikcjonalność mapy jest trochę dalej posunięta, niż mogłoby się nam, humanistom wydawać.

Gdy przeklikuję się przez Twoją mapę, to moje kliki kierują się w stronę Wałbrzycha i znajduję tutaj coś wspaniałego, co pięknie oddaje też moje wałbrzyskie, przemyślenia. „Wałbrzych to jest za dużo nawet dla mnie”. To pisze Filip Springer, nie Wojciech Szot. „To jest samospełniające się proroctwo, gdy jedziemy z dworca A mówi, że tego się nie da opisać, bo ludzie będą myśleć, że przejaskrawiam. Nie to, że się wali i że jest syf, bardziej to, że wysiadasz z pociągu i czujesz, że będzie źle. Zaczynasz się bać, choć przecież nic Ci nie grozi”.

W swoim czasie jak wysiadałeś na stacji Wałbrzych Miasto, witał cię napis: „Wypierdalać”. I to było absolutnie cudowne. Wysiadasz z pociągu i pierwsze co dostajesz, to taki komunikat. W Szczecinie jak wysiadasz z dworca, to na murze oporowym jest napisane „Pogoń Szczecin”. Zawsze uważałem, że to jest takie zawłaszczenie przestrzeni i zawsze mnie to irytowało, dopóki nie wysiadłem w Wałbrzychu, a wysiadałem tam bardzo często. To jest jak z rysunku Raczkowskiego.

W tym jednym zdaniu jest zamknięta opowieść o Wałbrzychu.

Tak, ale żeby była jasność, uważam Wałbrzych za jedno z najpiękniejszych i najciekawszych miast w Polsce.

Ja również, co nie znaczy, że nie pozwalam sobie na bardzo brutalną wobec niego ironię, bo ono chyba tylko i wyłącznie właśnie wtedy daje się zrozumieć i nabiera sensu.

Ja bym bardzo chciał mieszkać w Wałbrzychu, a jednocześnie bardzo bym nie chciał mieszkać w Wałbrzychu. I pomiędzy tymi dwoma pomysłami jest całe moje myślenie o Wałbrzychu.

Pamiętasz mapy Wałbrzycha?

Tak, ona jest cudowna i kłopotliwa, bo on jest rozlany między tymi wzgórzami, nie sprawia wrażenia miasta albo sprawia wrażenie kilku miast. Jak wędrujesz później po Wałbrzychu i myślisz sobie, że to coś za górą, co jeszcze jest Wałbrzychem to pewnie jakieś zadupie i już tam nic nie ma, to nagle odkrywasz, że tam jest Nowe Miasto, które jest niesamowite architektonicznie, urbanistycznie, krajobrazowo. Absolutnie genialne.

Niemieckie “siedlungi”, osiedla w Wałbrzychu i okolicach są trudne do zrozumienia. Dzisiaj jak myślisz o wiedzy, którą posiadłeś pracując nad kolejnymi projektami, nad „Zegarmistrzem”, nad książką o miastach, “Dwunastym” i wróciłbyś do „Miedzianki”, to masz takie poczucie, że coś mogłeś zmienić, co by całkiem zmieniło tę książkę?

To jest trudne pytanie. Z jednej strony pewnie, że tak, bo jestem już starszy, więc bym ją inaczej napisał. Ale z drugiej strony to jest książka, która powstała w danym momencie i jest tego świadectwem. Łatwiej by mi było powiedzieć czy czyjąś książkę bym inaczej napisał i co bym w niej zmienił, bo to nie jest moje osobiste doświadczenie.Tam jest taka opowieść o dwóch kominiarzach, którzy zjeżdżają sankami i uderzają w drzewo. Jeden z nich umiera, a z okolicznych drzew podrywa się stado wron. Pytali mnie rozliczni faktczekerzy, skąd ja to niby wiem. Zawsze odpowiadałem, że nie wiem, bo te wrony to jest element fikcji, który jest wprowadzony do reportażu, żeby się go dobrze czytało i żeby to była literatura. To nie ma znaczenia czy one się poderwały, czy się nie poderwały w rzeczywistości. Natomiast dzisiaj pewnie bym sobie pozwolił w takich momentach na trochę więcej. Nie czytałem tej książki odkąd się ukazała, więc nie mam niewolniczego do niej przywiązania. To znaczy czytałem ją fragmentami, jak uzupełnialiśmy ją o nowe wątki przy okazji wznowienia. Ale żeby krótko odpowiedzieć na Twoje pytanie, to pewnie w tych momentach, w których ostrożnie bawię się fikcją, bym nią sobie bardziej poszalał.

Na początku pandemii zrobiłeś film na którym pokazywałeś swoje foldery, pliki, mapę myśli przeniesioną na komputer. Wzbudziło to niesamowite emocje wśród oglądających. Jesteś wręcz nieprawdopodobnie uporządkowany w tym wszystkim.

Lubię mieć pod kontrolą cały ten proces, choć teraz uczę się, jak się tej kontroli pozbyć, żeby to było z korzyścią dla tekstu. I to nie jest łatwy proces, takie pisanie nie idzie łatwo, jak mi szło pisanie tekstu czysto reporterskiego. Uczę się tego w których obszarach pracy nad tekstem mogę sobie odpuścić. I to jest absolutnie wspaniałe doświadczenie, odkrywać swoją opowieść w toku jej pisania, a nie mieć na wszystko diagramie. Natomiast czasami w tekstach reporterskich muszę mieć to wszystko uporządkowane, bo piszę na takie tematy, które nie są pojedynczą historią, która się sama niesie, bo jest po prostu niesamowita. Ja mam raczej tematy wysupłane spomiędzy różnych, dosyć banalnych biografii albo jakichś problemów. I żeby opowiedzieć to, co się naprawdę chce, a nie opowiedzieć jakąś trywialną opowiastkę czy bajanie, to ja muszę mieć pod kontrolą to, o czym mówię, a do tego potrzebuję mieć to w formie graficznej. Do tego służy mapa z zaznaczonymi punktami od których się odbijam. Na przykład w przypadku tematów związanych z katastrofą klimatyczną pomocna jest metoda dziennika podróży, czyli przemierzanie jakiejś przestrzeni i opisywania, co się widzi po drodze. To daje szerszy wgląd w złożoność problemów, o których się pisze. W związku z tym mapa się sama narzuca. Muszę też mieć mapę myśli, wystarczy diagram, na którym są zaznaczone poszczególne części tekstu. I nawet, jak robię wykład dla kogoś albo podcast, piszę tekst czy cokolwiek innego, to robię taką mapę w specjalnym programie. Potrzebuję wizualnego odwzorowania tego, co później jest w tekście.

Do nowej książki, posługujesz się starymi mapami?

Tak, to jest jeszcze inna kwestia, zupełnie niezwiązana z porządkowaniem wiedzy. Raczej to jest związane z jej dysorganizowaniem.

Mówisz o odtwarzaniu rzeczywistości. Jak te stare mapy mają się do dzisiejszej rzeczywistości dzisiaj, jak ona została przetworzona?

To jest bardzo ciekawe. Teraz pracuję właśnie taką metodą, że prawie 90 procent informacji do książki pochodzi ze źródeł, zatem pandemia mi tu w niczym nie przeszkadza. Moja researcherka siedzi w archiwach niemieckich i grzebie w nich, a książka będzie o tym, jak się zmieniał krajobraz na skutek kolejnych etapów rewolucji przemysłowej, więc trzeba tego krajobrazu doświadczyć. I ja go doświadczam na rowerze. Cała ta książka powstaje z roweru. Oczywiście używam nawigacji, bo to mi usprawnia czasem proces, ale niekiedy ją wyłączam i mam ze sobą albo w telefonie, albo wydrukowane stare mapy z Mapstera. Można sobie wpisać na Mapsterze dowolną miejscowość i wygrzebać stamtąd mapy, jakie są dostępne. Czasami się trafiają mapy z końca czy z drugiej połowy XIX wieku, rzadko wcześniejsze. Staram się nawigować w terenie z użyciem tych map. Bo jeżeli piszę o tym, jak się zmieniał krajobraz, osadnictwo to fakt, że gdzieś był cmentarz, a dzisiaj go nie ma muszę wyczytać z tych map. Teraz jestem na Mazurach i wygrzebałem na mapie, którą znam bardzo dobrze odkryłem cmentarz, o którego istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Poszedłem tam przedwczoraj. To doświadczenie szukania cmentarza to dobry fragment do książki. Mazury podobnie jak Boguszów, z którego ty pochodzisz to tereny poniemieckie. To ważne, bo jak spojrzysz na to, na przykład na to jak wygląda mapa dróg na tych terenach, a potem pojedziesz pod Siedlce, z których jest moja żona, to możesz być zdziwiony. Tam jest wiele dróg, które kończą się nigdzie, ślepych. Bywam strasznie sfrustrowany gdy chodzę czy jeżdżę po tamtej okolicy. Na poniemieckich terenach to się bardzo rzadko zdarza, żeby droga się nagle skończyła. Często nie ma już miejsc, ale jest droga. I to jest to doświadczenie, o którym też będzie ta książka.

Nie mam samochodu i też jeżdżę na rowerze. Ostatnio zacząłem jeździć po Mazowszu kierując się szlakami i to jest niezwykły sposób nawigowania rzeczywistością, bo z jednej strony ktoś chce nam coś opowiedzieć, sprzedać jakąś wizję Polski, którą mamy oglądać przeważnie z samochodu czy roweru, a z drugiej strony naprawdę można coś dzięki temu odkryć.

Moje wyjazdy dzielę na na dokumentacyjne i takie po prostu rekreacyjne jeżdżenie na rowerze. Na to rekreacyjne mam bardzo mało czasu, więc przed wyjazdem spędzam bardzo dużo czasu nad mapami i planuję cel, ale w trasie posługuję się nawigacją. Natomiast złapałem się na tym, że choć zjeździłem już Mazowiecki Park Krajobrazowy wzdłuż i wszerz, to wciąż nie do końca go znam. Jakby mnie dzisiaj wypuścić w Puszczy Zielonce pod Poznaniem bez mapy, to bym wiedział, w którą stronę mam iść, żeby na przykład dojść do Promna, bo tamten teren mam złażony za pomocą tradycyjnej mapy. A w Mazowieckim Parku Krajobrazowym, gdzie jednak kieruję się nawigacją, bym się zgubił. Kiedyś z Adamem Robińskim pojechaliśmy do Rud Raciborskich rozmawiać o krajobrazie i on mi powiedział, że najbardziej to by chciał chodzić bez mapy, tak po prostu, gdzie się da – pójść i zobaczyć. Problem w tym, że żeby to zrobić to trzeba się wyrwać z kieratu czasu, a co jak nie będzie tam nic ciekawego? Kiedyś moi znajomi fotografowie umówili się, że pojadą rowerem w stronę słońca. Wyjadą o świcie i będą jechać w stronę słońca i jechali. Jeden zrobił 300 kilometrów, ktoś inny zrobił 100, ktoś zrobił 50. Tyle, ile im w nogach siły starczało. To bym chciał kiedyś zrobić, ale natłok obowiązków zabija takie spontaniczne przemierzanie przestrzeni. Jednak mapa i planowanie powoduje, że trochę masz pewność, że – mówiąc takim językiem bardzo kapitalistycznym – zwróci się inwestycja czasu.

Jakiś czas temu jechałem nad Odrą, nieopodal Bytomia Odrzańskiego i trafiłem na ruiny domu. Dzięki starym mapom odkryłem, że była to osada przewoźników odrzańskich. I dzięki temu dostajesz się w głąb, w czas i w przemijanie. I tekst się pisze. Odkrywasz, że te parę cegieł w trawie, to ślady po ludziach, którzy mieli łodzie i prom, który kursował na drugą stronę Odry. I od razu ta aleja, którą jechałeś, zaludnia się kompletnie innymi postaciami. Policjant, którego mijałeś, a mijałem tam policjanta, staje się kimś innym Do tych cegieł prowadzi piękna dębowa aleja. Stałem nad tą Odrą i miałem poczucie, że ten policjant przyjechał z przeszłości. Jakby miał stary, rozklekotany rower i mundur pruskiego policjanta czy policmajstra. Dzięki temu dostajesz wgląd w przemijanie. Czytanie nieatropogenicznych śladów, rzeźby tereny ukształtowanego zlodowaceniem daje możliwość wyobrażenia sobie odpływu wód spod niego. W jednej z książek Andrzeja Muszyńskiego jest piękny fragment o tym, że lodowiec dalej nie dotarł, niż miejsce w którym znajduje się bohater, i że on właściwie może wyjść z domu i zobaczyć ten lodowiec, który tam stoi, mimo tego, że już go dawno nie ma. To można zrobić, umiejąc czytać tylko i wyłącznie mapę i patrząc na to, co jest na mapie zaznaczone. Niezwykle ważne jest, żeby zobaczyć miałkość swojej temporalności, na skali tego wielkiego czasu, którym operuje ziemia.

t