„Merchants of Doubt” Naomi Oreskes i Erica Conwaya – recenzja

„Merchants of Doubt” Naomi Oreskes i Erica Conwaya to wydana w roku 2010 książka przestawiająca środowiska amerykańskich lobbystów, którzy walczą z nauką, służąc interesom wielkiego biznesu i, w szerszym rozumieniu, kapitalizmu.

Autorzy skupiają się na chronologicznej narracji, omawiając kolejne problemy, związane ze zdrowiem i ochroną klimatu, które stały się areną walk spin-doctorów atakujących naukowców, metodologię i wyniki badań. Punktem wyjścia jest są późne lata pięćdziesiąte, kiedy szkodliwość i rakotwórczość palenia zostaje udowodniona ponad wszelką wątpliwość i pozostaje tylko poinformować o tym fakcie społeczeństwo. W kolejnych rozdziałach autorzy streszczają batalię o redukcję arsenałów jądrowych (projekt „Gwiezdne Wojny” i widmo „atomowej zimy”), badania nad kwaśnym deszczem, dziurą ozonową, biernym paleniem i wreszcie docierają do kwestii globalnego ocieplenia. Podsumowanie, zakończenie, bardzo solidna sekcja przypisów i bibliografii.

Oreskes i Conway wykonują podwójną robotę: nie tylko demaskują kłamstwa i opisują pompowanie fałszywych kontrowersji wokół ww. zjawisk, ale także tłumaczą tych zjawisk źródła i właściwą naturę. O ile rakotwórczość papierosów nie jest już tajemniczym procesem, które trzeba szczególnie wyjaśniać niedowiarkom, o tyle nie miałam w zasadzie pojęcia o mechanizmach powstawania kwaśnego deszczu czy dziury ozonowej i o badaniach, dzięki którym zostały one zaobserwowane. Dzięki temu „Merchants of Doubt” to książka wyjątkowo gęsta, wzbogacająca na wielu frontach.

Głównym problemem, którego rozwiązania nie widać na horyzoncie, jest absolutny cynizm walczących z nauką. Bardzo rzadko pobudki do zwalczania określonych odkryć płyną z osobistych przekonań czy motywacji działaczy. Najczęściej są oni związani z konserwatywnymi think-tankami, walczą o lukratywne posady w administracji publicznej, mają udziały w przedsiębiorstwach, które poniosą straty w wyniku wprowadzenia nowych, ekologicznych regulacji, lub – w ekstremalnych przypadkach – są po prostu opłacani przez zainteresowane mnożeniem kontrowersji koncerny (tutaj niechlubnie wyróżnia się tytoniowy gigant Philip Morris).

Jakie są metody walki z nauką i twardymi argumentami? Bardzo proste, a dzięki rozwojowi mediów, także mediów społecznościowych, coraz prostsze. Z „Merchants of Doubt” można wynotować zwięzłą listę praktycznych sposobów:

– podsycać kontrowersje – nawet najmniejsze, najmniej istotne. Jeżeli o temacie cały czas mówi się w tonie polemicznym, w masowej pamięci pozostaje wrażenie, że sprawa jest niejasna. Ludzie i tak rzadko rozumieją zawiłości naukowego wywodu, bardziej liczy się wrażenie niż fakty. Bardzo zresztą ludzie, którzy wysuwają wątpliwości, nie są naukowcami, tylko np. prawnikami. Albo naukowcami, ale obracającymi się w innych dziedzinach (uznany fizyk wypowiadający się w tematach biochemicznych czy meteorologicznych). Ponownie, działa prawo ogólnego wrażenia. Skoro ktoś uczestniczy w telewizyjnej debacie czy publikuje polemiczny artykuł w poczytnym magazynie, chyba jest do tego uprawniony? Siła autorytetu i charyzma są często ważniejsze niż naukowa legitymizacja – a jeżeli potrafi się do tego wygłosić parę zdań, które brzmią jak argumenty naukowe (ale nimi nie są), to już w ogóle bajka.

– kontrowersje dobrze kreuje się też poprzez nieustanne dopytywanie i interpelacje. To nic, że pyta się o sprawy oczywiste czy nieistotne w kontekście prezentowanego badania. Powstaje wrażenie, że potrzeba dalszych badań, że trzeba jeszcze wiele rzeczy sprawdzić, zanim będzie można jednoznacznie zawyrokować o tym, że palacze dostaną raka częściej niż osoby nienarażone na dym tytoniowy, przyjmowany biernie i czynnie. A skoro trzeba jeszcze sprawdzić i potwierdzić, to nie ma co się spieszyć z wprowadzeniem prawnych regulacji, np. zakazujących reklamy wyrobów tytoniowych, ograniczających publiczne palenie czy – w innym przypadku – nakazujące redukcję emisji zanieczyszczeń.

– nie jest bez sensu podważać sens nauki jako takiej. Popularnym argumentem w Stanach było porównywanie naukowców do luddystów – oto grupa ludzi powiązana z lewackim ruchem ekologicznym, chce nas pozbawić zdobyczy cywilizacji (lodówki, spreje, prawo do jeżdżenia wszędzie samochodem i konsumowania nieprawdopodobnych ilości prądu). Nie dajmy się! Bardzo dobrze sprawdza się też (ale oczywiście tylko na polu dyskusji) neoliberalny argument o nadmiarze regulacji: po co wprowadzać nowe przepisy, krępujące wspaniałą i nie znającą granic ludzką przedsiębiorczość? Dzisiaj rząd zakazuje nam palenia w bankach, kawiarniach i kinach, co będzie dalej? Pod płaszczykiem ochrony zdrowa ingeruje się w wolność obywateli! Na to nie będzie zgody! (autorzy udowadniają, że ochrona środowiska to najbardziej spektakularny przykład porażki kapitalizmu – samoregulujący się według zasady laissez faire rynek ani na centymetr nie zbliżył się do wypracowania metod pozwalających na rozsądną gospodarkę naturalnymi zasobami, ponieważ wszyscy stawiają na krótkotrwały zysk i szybkie mnożenie kapitału).

– postulat prezentowania obu opinii, dobrze nam znany jako fałszywy symetryzm. Nauka to nie są opinie – zaznaczają autorzy – tylko twarde fakty, których prezentacja poprzedzona jest latami badań, wyliczeń i kontranaliz. Każde studium naukowe musi przejść także przez grono recenzentów, tzw. peer review. Nie przeszkadza to jednak w forsowaniu opinii, że obie strony powinny być wysłuchane. W efekcie naprzeciwko siebie stają naukowcy i spin doktorzy, ludzie oglądają ich debaty z zapartym tchem i pozostają pod wzmiankowanym już wrażeniem, że sprawa jest niejasna, a argumentów za jest tyle samo, co przeciw. Gdyby te dyskusje miały być rzeczywiście sensowne, naprzeciw naukowca dowodzącego, że palenie powoduje raka, powinien stanąć naukowiec, który dowodzi, że palenie nie powoduje raka, co więcej, jest obojętne dla zdrowia. Najczęściej zobaczymy jednak specjalistę od szukania dziur w całym, który będzie dowodził, że raka można dostać też od wielu innych rzeczy i może palacz akurat przypadkiem nawdychał się gdzieś azbestowego pyłu? I co z tego, że badania związane z kwaśnym deszczem jednoznacznie wskazują na jego powiązania z pyłem siarkowym, może ten pył pochodzi z wulkanów, a nie z przemysłowych kominów? I może jednak kwaśny deszcz nie jest taki niezdrowy? Po co nam tyle ryb w jeziorach?

Nie jest to książka dla każdego – ale jednocześnie każdy powinien ją przeczytać. Szalenie wartościowa pozycja, jasno prowadząca przez informacyjny chaos, który stał się naszym codziennym doświadczeniem. Zaznaczam tez uczciwie, że w tym krótkim tekście nie udało  mi się pomieścić nawet połowy błyskotliwych argumentów, które autorzy przywołują w obronie prawdziwej nauki, która wprawdzie rzadko pozostaje absolutnie czysta i nieuwarunkowana obowiązującymi dyskursami, ale nie jest też tak „umoczona” jak chcieliby ludzie podważający jej osiągnięcia.

„Merchants of Doubt” Naomi Oreskes i Erica Conwaya – recenzja

„Merchants of Doubt” Naomi Oreskes i Erica Conwaya to wydana w roku 2010 książka przestawiająca środowiska amerykańskich lobbystów, którzy walczą z nauką, służąc interesom wielkiego biznesu i, w szerszym rozumieniu, kapitalizmu.

Autorzy skupiają się na chronologicznej narracji, omawiając kolejne problemy, związane ze zdrowiem i ochroną klimatu, które stały się areną walk spin-doctorów atakujących naukowców, metodologię i wyniki badań. Punktem wyjścia jest są późne lata pięćdziesiąte, kiedy szkodliwość i rakotwórczość palenia zostaje udowodniona ponad wszelką wątpliwość i pozostaje tylko poinformować o tym fakcie społeczeństwo. W kolejnych rozdziałach autorzy streszczają batalię o redukcję arsenałów jądrowych (projekt „Gwiezdne Wojny” i widmo „atomowej zimy”), badania nad kwaśnym deszczem, dziurą ozonową, biernym paleniem i wreszcie docierają do kwestii globalnego ocieplenia. Podsumowanie, zakończenie, bardzo solidna sekcja przypisów i bibliografii.

Oreskes i Conway wykonują podwójną robotę: nie tylko demaskują kłamstwa i opisują pompowanie fałszywych kontrowersji wokół ww. zjawisk, ale także tłumaczą tych zjawisk źródła i właściwą naturę. O ile rakotwórczość papierosów nie jest już tajemniczym procesem, które trzeba szczególnie wyjaśniać niedowiarkom, o tyle nie miałam w zasadzie pojęcia o mechanizmach powstawania kwaśnego deszczu czy dziury ozonowej i o badaniach, dzięki którym zostały one zaobserwowane. Dzięki temu „Merchants of Doubt” to książka wyjątkowo gęsta, wzbogacająca na wielu frontach.

Głównym problemem, którego rozwiązania nie widać na horyzoncie, jest absolutny cynizm walczących z nauką. Bardzo rzadko pobudki do zwalczania określonych odkryć płyną z osobistych przekonań czy motywacji działaczy. Najczęściej są oni związani z konserwatywnymi think-tankami, walczą o lukratywne posady w administracji publicznej, mają udziały w przedsiębiorstwach, które poniosą straty w wyniku wprowadzenia nowych, ekologicznych regulacji, lub – w ekstremalnych przypadkach – są po prostu opłacani przez zainteresowane mnożeniem kontrowersji koncerny (tutaj niechlubnie wyróżnia się tytoniowy gigant Philip Morris).

Jakie są metody walki z nauką i twardymi argumentami? Bardzo proste, a dzięki rozwojowi mediów, także mediów społecznościowych, coraz prostsze. Z „Merchants of Doubt” można wynotować zwięzłą listę praktycznych sposobów:

– podsycać kontrowersje – nawet najmniejsze, najmniej istotne. Jeżeli o temacie cały czas mówi się w tonie polemicznym, w masowej pamięci pozostaje wrażenie, że sprawa jest niejasna. Ludzie i tak rzadko rozumieją zawiłości naukowego wywodu, bardziej liczy się wrażenie niż fakty. Bardzo zresztą ludzie, którzy wysuwają wątpliwości, nie są naukowcami, tylko np. prawnikami. Albo naukowcami, ale obracającymi się w innych dziedzinach (uznany fizyk wypowiadający się w tematach biochemicznych czy meteorologicznych). Ponownie, działa prawo ogólnego wrażenia. Skoro ktoś uczestniczy w telewizyjnej debacie czy publikuje polemiczny artykuł w poczytnym magazynie, chyba jest do tego uprawniony? Siła autorytetu i charyzma są często ważniejsze niż naukowa legitymizacja – a jeżeli potrafi się do tego wygłosić parę zdań, które brzmią jak argumenty naukowe (ale nimi nie są), to już w ogóle bajka.

– kontrowersje dobrze kreuje się też poprzez nieustanne dopytywanie i interpelacje. To nic, że pyta się o sprawy oczywiste czy nieistotne w kontekście prezentowanego badania. Powstaje wrażenie, że potrzeba dalszych badań, że trzeba jeszcze wiele rzeczy sprawdzić, zanim będzie można jednoznacznie zawyrokować o tym, że palacze dostaną raka częściej niż osoby nienarażone na dym tytoniowy, przyjmowany biernie i czynnie. A skoro trzeba jeszcze sprawdzić i potwierdzić, to nie ma co się spieszyć z wprowadzeniem prawnych regulacji, np. zakazujących reklamy wyrobów tytoniowych, ograniczających publiczne palenie czy – w innym przypadku – nakazujące redukcję emisji zanieczyszczeń.

– nie jest bez sensu podważać sens nauki jako takiej. Popularnym argumentem w Stanach było porównywanie naukowców do luddystów – oto grupa ludzi powiązana z lewackim ruchem ekologicznym, chce nas pozbawić zdobyczy cywilizacji (lodówki, spreje, prawo do jeżdżenia wszędzie samochodem i konsumowania nieprawdopodobnych ilości prądu). Nie dajmy się! Bardzo dobrze sprawdza się też (ale oczywiście tylko na polu dyskusji) neoliberalny argument o nadmiarze regulacji: po co wprowadzać nowe przepisy, krępujące wspaniałą i nie znającą granic ludzką przedsiębiorczość? Dzisiaj rząd zakazuje nam palenia w bankach, kawiarniach i kinach, co będzie dalej? Pod płaszczykiem ochrony zdrowa ingeruje się w wolność obywateli! Na to nie będzie zgody! (autorzy udowadniają, że ochrona środowiska to najbardziej spektakularny przykład porażki kapitalizmu – samoregulujący się według zasady laissez faire rynek ani na centymetr nie zbliżył się do wypracowania metod pozwalających na rozsądną gospodarkę naturalnymi zasobami, ponieważ wszyscy stawiają na krótkotrwały zysk i szybkie mnożenie kapitału).

– postulat prezentowania obu opinii, dobrze nam znany jako fałszywy symetryzm. Nauka to nie są opinie – zaznaczają autorzy – tylko twarde fakty, których prezentacja poprzedzona jest latami badań, wyliczeń i kontranaliz. Każde studium naukowe musi przejść także przez grono recenzentów, tzw. peer review. Nie przeszkadza to jednak w forsowaniu opinii, że obie strony powinny być wysłuchane. W efekcie naprzeciwko siebie stają naukowcy i spin doktorzy, ludzie oglądają ich debaty z zapartym tchem i pozostają pod wzmiankowanym już wrażeniem, że sprawa jest niejasna, a argumentów za jest tyle samo, co przeciw. Gdyby te dyskusje miały być rzeczywiście sensowne, naprzeciw naukowca dowodzącego, że palenie powoduje raka, powinien stanąć naukowiec, który dowodzi, że palenie nie powoduje raka, co więcej, jest obojętne dla zdrowia. Najczęściej zobaczymy jednak specjalistę od szukania dziur w całym, który będzie dowodził, że raka można dostać też od wielu innych rzeczy i może palacz akurat przypadkiem nawdychał się gdzieś azbestowego pyłu? I co z tego, że badania związane z kwaśnym deszczem jednoznacznie wskazują na jego powiązania z pyłem siarkowym, może ten pył pochodzi z wulkanów, a nie z przemysłowych kominów? I może jednak kwaśny deszcz nie jest taki niezdrowy? Po co nam tyle ryb w jeziorach?

Nie jest to książka dla każdego – ale jednocześnie każdy powinien ją przeczytać. Szalenie wartościowa pozycja, jasno prowadząca przez informacyjny chaos, który stał się naszym codziennym doświadczeniem. Zaznaczam tez uczciwie, że w tym krótkim tekście nie udało  mi się pomieścić nawet połowy błyskotliwych argumentów, które autorzy przywołują w obronie prawdziwej nauki, która wprawdzie rzadko pozostaje absolutnie czysta i nieuwarunkowana obowiązującymi dyskursami, ale nie jest też tak „umoczona” jak chcieliby ludzie podważający jej osiągnięcia.

t