“Łódź. Miasto po przejściach” Wojciech Górecki i Bartosz Józefiak

Niepotrzebny eksperyment

Autorzy piszą o niej: “książka eksperyment”, ale nie spodziewajcie się tutaj nowych pomysłów na reportaże, odważnych sposób prowadzenia narracji czy eseistycznego rozmachu.

“Łódź. Miasto po przejściach” to eksperyment jedynie formalny – zbiór reportaży zawiera tekstu teksty Wojciecha Góreckiego publikowane na początku lat 90. i wydane w 1998 roku w książce “Łódź przeżyła katharsis” oraz nowe teksty autorstwa Bartosza Józefiaka. Współpraca obu panów polegała na dopisaniu do dwóch tekstów Góreckiego współczesnej opowieści snutej przez Józefiaka, oraz kilku jego komentarzy do tekstów starszego kolegi pozwalających zrozumieć przyszłe losy bohaterów reportaży.

 

Eksperymentem jest oczywiście też zderzenie dwóch reportażystów – starszego piszącego do “Życia Warszawy” czy “Gazety Wyborczej” i młodszego, którego teksty w większości publikowane są po raz pierwszy. I tu zaczyna być już ciekawie, bo w reportażach bardzo często pojawia się narzekanie Łodzian na to, że ich świat widziany jest z perspektywy warszawskiej, odległej, trochę kolonialnej, w której atrakcyjne są historie o lodzermenschach, bogactwie przemysłowej Łodzi czasów Reymonta, ewentualnie o “mieście meneli”, jak raczył określić to miasto Bogusław Linda, budząc słuszny sprzeciw nie tylko w Łodzi. A tu teksty publikowane w warszawskim dzienniku i ogólnopolskiej gazecie. Robi się ciekawie? I to bardzo, bo niektóre reportaże Góreckiego są bardzo przeciętne, żeby nie napisać – a może jednak powinno się napisać – słabe. Zwyczajnie nie przetrwały próby czasu i w kontraście z tekstami Józefiaka wypadają jak “Trybuna Ludu” przy “Superaku”.

 

Zbór rozpoczynają reportaże Góreckiego poświęcone przełomowi transformacyjnemu i historii Łodzi, czyli taki obowiązkowy punkt na mapie łódzkich narracji. Pisane do dzienników wyraźnie domagają się większej interwencji redaktorskiej, niż ta przeprowadzona w książce. Weźmy choćby czas – gdy Górecki pisze zdanie: “autorzy wydanego niedawno we Francji przewodnika po Polsce” czytelnik musi jednak zerknąć na koniec reportaży czy do bibliografii i uświadomić sobie, że “niedawno” to zapewne w okolicach 1992 roku, bo reportaż opublikowano w grudniu 1993. “Niedawno wydany” przewodnik ma już około trzydziestu lat, a Górecki wielokrotnie używa sformułowań określających czas na zasadzie takiej jak moja babcie opowiada przepisy na ciasto – “niedawno”, “jakiś czas temu”, “w tym roku”. To, co było zrozumiałe w gazecie w 1993 roku, dzisiaj można było dookreślić.

 

Z drugiej strony jest to ważna lekcja dla każdego, kto zabiera się za prasowy reportaż – nawet pisząc dla dziennika warto zwracać uwagę na konkretniejsze opisywanie czasu wydarzeń, bo jeszcze wpadniecie na pomysł “eksperymentu” za trzydzieści lat, wydacie reportaże ponownie i będzie ciężko.

 

Górecki często zapomina, że nie tylko dla osób, które Łódź znają, a zwłaszcza jej bohaterów (bohaterek tu jednak mniej). Weźmy prosty przykład. W jednym z tekstów pada zdanie: “W “Ziemi obiecanej” Borowiecki tłumaczył to Trawińskiemu”. Nie jestem pewien czy wszyscy znacie powieść Reymonta, a nawet jeśli to warto przypomnieć choć jednym słowem kim był Borowiecki i czemu musiał tłumaczyć łódzką rzeczywistość Trawińskiemu. Jeszcze lepiej jest gdy pisze o uciekających z Łodzi filmowcach i dodaje “Ale wielki Aleksander Zelwerowicz nie zagrzał tu długo miejsca.”. I to wszystko – ani kim był Zelwerowicz (nie każdy musi się tym interesować), ani dlaczego nie zagrzał miejsca w okolicach Piotrkowskiej. Ot, taka wrzuta w klasycznym dla polskiego reportażu trybie zdania oznajmującego, udająca udaną puentę.

 

Zaskakuje w jak wielu reportażach Góreckiego nie pojawiają się zwykli obywatele, a teksty czyta się jak kompilacje dobrze skrojonych oficjalnych wypowiedzi dla prasy udzielanych przez polityków i biznesmenów. Weźmy choćby “Niemców w Łodzi”, reportaż o sprzedaży Zakładów Przemysłu Wełnianego imienia Andrzej Struga niemieckiej firmie Südwolle. Autor ani przez chwilę nie rozmawia z pracownikami i pracownicami firmy, wypowiada się za to Janusz Malarczyk, wiceszef Krajowej Sekcji Przemysłu Lekkiego Solidarności, czy Zygmunt Frątczaka, dyrektor Arelanu. Do tego dwa zdania wtrącają “specjalista’ Kwiatosiński i szef produkcji “Flisak”. Setki zwykłych pracowników i pracownic zakładów włókienniczych nie znalazły tu swojego miejsca.

 

Tekst o marszałku Bohdanowiczu, który przeżył kilka rządów i utrzymał się na stanowisku przez lata oparty jest na cytatach z polityków, kilku gładkich wypowiedziach medialnych samego zainteresowanego, w efekcie czego prawie nic ciekawego (poza politycznymi perturbacjami) nie dowiadujemy się o samym bohaterze. Pretekstem do tej opowieści miała być kwestia budowy autostrady w Łodzi (lub pod Łodzią), a wyszło o politykach, do tego z absurdalnym – dodanym już współcześnie – zakończeniem, w którym autor pisze:

 

“W wysokogórskich wsiach w kaukaskim Dagestanie ludzie nie chcieli dróg, bo „drogami idzie z miasta zepsucie” i skłaniają one młodych do ucieczki. Dla łodzian przeprowadzka do Warszawy jest wciąż miarą sukcesu”.

 

Ja wiem, co mają pierniki do wiatraka, bo widziałem kiedyś pierniczki w opakowaniu z wiatrakami, ale skąd tu nagle ten Dagestan? Po co to komu? Nie było już jakiś mniej odjechanych metafor?

 

Mimo wszystko było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie poznawcze, bo współcześnie często przypominamy sobie o tym, że na początku transformacji zapomniano o “zwykłych ludziach” i te teksty doskonale to oddają. Bardzo to smutny dokument tamtych czasów, nie potrafię jednak zrozumieć po co go pokazywać na światło dzienne, chyba że z krytycznym omówieniem.

 

Dodam też, że Górecki ma dość niebezpieczną skłonność do kończenia reportaży obszernymi cytatami zaczerpniętymi z innych dzieł, jakby mu własnych wniosków brakowało. No nie polubiliśmy się.

 

Dużo więcej sympatii mam do tekstów Bartosza Józefieka, z większą swobodą niż jego partner rozmawiającego z Łodzianami i Łodziankami, ma ciekawe i różnorodne pomysły na prowadzenie narracji, choć widać pewien pośpiech pisarski i uproszczenia w opisach, których ewidentnie autor nie lubi. Do dość kuriozalnej sytuacji dochodzi w tekście “Niewypał” będącym opowieścią o Michael Christianie – młodym człowieku, który w 1990 roku postanowił obiecał łódzkiej Estradzie, że wystawi musical “The Rocky Horror Picture Show” – znajdzie fundusze, przeprowadzi castingi i wyprodukuje spektakl. Byłby to wielki sukces musicalowej Łodzi, prace poszły pełną parą, tylko szybko się okazało, że Michael Christian nie ma żadnego doświadczenia, jest marzycielem, a do tego trochę oszustem, choć finansowo na niezbyt wielką skalę. Tekst jest połączeniem pracy dwóch autorów – starszego tekstu Góreckiego i nowych nowszych dodatkowo Józefiaka. I jest to bardzo nieudana próba, bo boleśnie widać różnice stylistyczne, a do tego ta nieznośna maniera pisania o bohaterze per “on”, która umożliwia pewną reporterską sztuczkę – otóż czytelnik nie jest w stanie się domyślić, czy informacje pochodzą bezpośrednio od bohatera reportażu – a powiedzmy już, że Michaelem Christianem jest Michał Wiśniewski, lider zespołu “Ich Troje” – czy są oparte na jego wypowiedziach zaczerpniętych z innych mediów. I tak nie wiemy czy Józefiak od Wiśniewskiego usłyszał, że ten “od dwudziestu pięciu lat próbuje napisać piosenkę o Łodzi”, albo że “nie martwią go transparenty „Łódź przeprasza za Ich Troje”. Nie lubię tej maniery, a w polskim reportażu jest ona nagminna.

 

Często w książce pojawia się historia włókniarek, które kilka razy podejmowały się strajkowania za czasów słusznie minionej epoki i dzisiaj nikt o nich nie pamięta. To przewija się w kilku reportażach. I jakoś autorzy nie wpadli na genialny w swej prostocie pomysł, żeby odnaleźć przywódczynie tych strajków, porozmawiać z ich uczestniczkami, dowiedzieć się co u nich dzisiaj słychać. Proste i oczywiste by się wydawało, zwłaszcza że w tle te historie się pojawiają i budzą ciekawość o wiele większą niż opowieść o sekrecie sukcesu Hanny Zdanowskiej. Taki reportaż można napisać fantastycznie go stylizując, odtwarzając narrację reportaży o strajkujących stoczniowcach czy górnikach… świetna zabawa, a my tu czytamy klasyczne opowieści o biednych ludziach, dzielnych społecznikach i przeciętnie dobrych politykach. My już to znamy.

 

Grzechem takich antologii jest też powtarzalność niektórych informacji – czytamy reportaż o ludziach przesiedlonych przy okazji rewitalizacji, a kilkanaście stron dalej tekst, w którym się to na nowo wyjaśnia, tylko w łagodniejszych słowach. Możliwe, że chodziło o taką prostą mnemotechnikę, by czytelnicy na pamięć przyswoili niektóre prawdy, ale jednak można było uważniej redagować te repetycje.

 

Bardzo też jestem ciekaw, czy Józefiak naprawdę usłyszał od Zdanowskiej, że ta nazwała Margaret Thatcher “babą z jajami”. Bo idzie to tak:

 

“Gospodyni Łodzi kręci głową. Nie tędy droga. Im wyższe podatki, tym chętniej ludzie uciekają z płatnością. Ideał to podatki niskie. Dokładnie tak myślała Margaret Thatcher! Potrafiła zmienić gospodarkę. Wbrew górnikom, grupom wpływów zrobiła nowoczesną Anglię. Baba z jajami. To dla prezydent najlepszy wzór”.

 

Jeśli tak powiedziała Zdanowska – nie ma problemu, to jej problem. Ale jeśli Józefiak to może byśmy jednak zapytali Zdanowską, czy lubi wkładać sobie do ust “babę z jajami”? Bo to nie dość, że patriarchalne, uprzedmiotawiające to po prostu w 2020 roku nieeleganckie.

“Łódź. Miasto po przejściach” Wojciech Górecki i Bartosz Józefiak

Niepotrzebny eksperyment

Autorzy piszą o niej: “książka eksperyment”, ale nie spodziewajcie się tutaj nowych pomysłów na reportaże, odważnych sposób prowadzenia narracji czy eseistycznego rozmachu.

“Łódź. Miasto po przejściach” to eksperyment jedynie formalny – zbiór reportaży zawiera tekstu teksty Wojciecha Góreckiego publikowane na początku lat 90. i wydane w 1998 roku w książce “Łódź przeżyła katharsis” oraz nowe teksty autorstwa Bartosza Józefiaka. Współpraca obu panów polegała na dopisaniu do dwóch tekstów Góreckiego współczesnej opowieści snutej przez Józefiaka, oraz kilku jego komentarzy do tekstów starszego kolegi pozwalających zrozumieć przyszłe losy bohaterów reportaży.

 

Eksperymentem jest oczywiście też zderzenie dwóch reportażystów – starszego piszącego do “Życia Warszawy” czy “Gazety Wyborczej” i młodszego, którego teksty w większości publikowane są po raz pierwszy. I tu zaczyna być już ciekawie, bo w reportażach bardzo często pojawia się narzekanie Łodzian na to, że ich świat widziany jest z perspektywy warszawskiej, odległej, trochę kolonialnej, w której atrakcyjne są historie o lodzermenschach, bogactwie przemysłowej Łodzi czasów Reymonta, ewentualnie o “mieście meneli”, jak raczył określić to miasto Bogusław Linda, budząc słuszny sprzeciw nie tylko w Łodzi. A tu teksty publikowane w warszawskim dzienniku i ogólnopolskiej gazecie. Robi się ciekawie? I to bardzo, bo niektóre reportaże Góreckiego są bardzo przeciętne, żeby nie napisać – a może jednak powinno się napisać – słabe. Zwyczajnie nie przetrwały próby czasu i w kontraście z tekstami Józefiaka wypadają jak “Trybuna Ludu” przy “Superaku”.

 

Zbór rozpoczynają reportaże Góreckiego poświęcone przełomowi transformacyjnemu i historii Łodzi, czyli taki obowiązkowy punkt na mapie łódzkich narracji. Pisane do dzienników wyraźnie domagają się większej interwencji redaktorskiej, niż ta przeprowadzona w książce. Weźmy choćby czas – gdy Górecki pisze zdanie: “autorzy wydanego niedawno we Francji przewodnika po Polsce” czytelnik musi jednak zerknąć na koniec reportaży czy do bibliografii i uświadomić sobie, że “niedawno” to zapewne w okolicach 1992 roku, bo reportaż opublikowano w grudniu 1993. “Niedawno wydany” przewodnik ma już około trzydziestu lat, a Górecki wielokrotnie używa sformułowań określających czas na zasadzie takiej jak moja babcie opowiada przepisy na ciasto – “niedawno”, “jakiś czas temu”, “w tym roku”. To, co było zrozumiałe w gazecie w 1993 roku, dzisiaj można było dookreślić.

 

Z drugiej strony jest to ważna lekcja dla każdego, kto zabiera się za prasowy reportaż – nawet pisząc dla dziennika warto zwracać uwagę na konkretniejsze opisywanie czasu wydarzeń, bo jeszcze wpadniecie na pomysł “eksperymentu” za trzydzieści lat, wydacie reportaże ponownie i będzie ciężko.

 

Górecki często zapomina, że nie tylko dla osób, które Łódź znają, a zwłaszcza jej bohaterów (bohaterek tu jednak mniej). Weźmy prosty przykład. W jednym z tekstów pada zdanie: “W “Ziemi obiecanej” Borowiecki tłumaczył to Trawińskiemu”. Nie jestem pewien czy wszyscy znacie powieść Reymonta, a nawet jeśli to warto przypomnieć choć jednym słowem kim był Borowiecki i czemu musiał tłumaczyć łódzką rzeczywistość Trawińskiemu. Jeszcze lepiej jest gdy pisze o uciekających z Łodzi filmowcach i dodaje “Ale wielki Aleksander Zelwerowicz nie zagrzał tu długo miejsca.”. I to wszystko – ani kim był Zelwerowicz (nie każdy musi się tym interesować), ani dlaczego nie zagrzał miejsca w okolicach Piotrkowskiej. Ot, taka wrzuta w klasycznym dla polskiego reportażu trybie zdania oznajmującego, udająca udaną puentę.

 

Zaskakuje w jak wielu reportażach Góreckiego nie pojawiają się zwykli obywatele, a teksty czyta się jak kompilacje dobrze skrojonych oficjalnych wypowiedzi dla prasy udzielanych przez polityków i biznesmenów. Weźmy choćby “Niemców w Łodzi”, reportaż o sprzedaży Zakładów Przemysłu Wełnianego imienia Andrzej Struga niemieckiej firmie Südwolle. Autor ani przez chwilę nie rozmawia z pracownikami i pracownicami firmy, wypowiada się za to Janusz Malarczyk, wiceszef Krajowej Sekcji Przemysłu Lekkiego Solidarności, czy Zygmunt Frątczaka, dyrektor Arelanu. Do tego dwa zdania wtrącają “specjalista’ Kwiatosiński i szef produkcji “Flisak”. Setki zwykłych pracowników i pracownic zakładów włókienniczych nie znalazły tu swojego miejsca.

 

Tekst o marszałku Bohdanowiczu, który przeżył kilka rządów i utrzymał się na stanowisku przez lata oparty jest na cytatach z polityków, kilku gładkich wypowiedziach medialnych samego zainteresowanego, w efekcie czego prawie nic ciekawego (poza politycznymi perturbacjami) nie dowiadujemy się o samym bohaterze. Pretekstem do tej opowieści miała być kwestia budowy autostrady w Łodzi (lub pod Łodzią), a wyszło o politykach, do tego z absurdalnym – dodanym już współcześnie – zakończeniem, w którym autor pisze:

 

“W wysokogórskich wsiach w kaukaskim Dagestanie ludzie nie chcieli dróg, bo „drogami idzie z miasta zepsucie” i skłaniają one młodych do ucieczki. Dla łodzian przeprowadzka do Warszawy jest wciąż miarą sukcesu”.

 

Ja wiem, co mają pierniki do wiatraka, bo widziałem kiedyś pierniczki w opakowaniu z wiatrakami, ale skąd tu nagle ten Dagestan? Po co to komu? Nie było już jakiś mniej odjechanych metafor?

 

Mimo wszystko było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie poznawcze, bo współcześnie często przypominamy sobie o tym, że na początku transformacji zapomniano o “zwykłych ludziach” i te teksty doskonale to oddają. Bardzo to smutny dokument tamtych czasów, nie potrafię jednak zrozumieć po co go pokazywać na światło dzienne, chyba że z krytycznym omówieniem.

 

Dodam też, że Górecki ma dość niebezpieczną skłonność do kończenia reportaży obszernymi cytatami zaczerpniętymi z innych dzieł, jakby mu własnych wniosków brakowało. No nie polubiliśmy się.

 

Dużo więcej sympatii mam do tekstów Bartosza Józefieka, z większą swobodą niż jego partner rozmawiającego z Łodzianami i Łodziankami, ma ciekawe i różnorodne pomysły na prowadzenie narracji, choć widać pewien pośpiech pisarski i uproszczenia w opisach, których ewidentnie autor nie lubi. Do dość kuriozalnej sytuacji dochodzi w tekście “Niewypał” będącym opowieścią o Michael Christianie – młodym człowieku, który w 1990 roku postanowił obiecał łódzkiej Estradzie, że wystawi musical “The Rocky Horror Picture Show” – znajdzie fundusze, przeprowadzi castingi i wyprodukuje spektakl. Byłby to wielki sukces musicalowej Łodzi, prace poszły pełną parą, tylko szybko się okazało, że Michael Christian nie ma żadnego doświadczenia, jest marzycielem, a do tego trochę oszustem, choć finansowo na niezbyt wielką skalę. Tekst jest połączeniem pracy dwóch autorów – starszego tekstu Góreckiego i nowych nowszych dodatkowo Józefiaka. I jest to bardzo nieudana próba, bo boleśnie widać różnice stylistyczne, a do tego ta nieznośna maniera pisania o bohaterze per “on”, która umożliwia pewną reporterską sztuczkę – otóż czytelnik nie jest w stanie się domyślić, czy informacje pochodzą bezpośrednio od bohatera reportażu – a powiedzmy już, że Michaelem Christianem jest Michał Wiśniewski, lider zespołu “Ich Troje” – czy są oparte na jego wypowiedziach zaczerpniętych z innych mediów. I tak nie wiemy czy Józefiak od Wiśniewskiego usłyszał, że ten “od dwudziestu pięciu lat próbuje napisać piosenkę o Łodzi”, albo że “nie martwią go transparenty „Łódź przeprasza za Ich Troje”. Nie lubię tej maniery, a w polskim reportażu jest ona nagminna.

 

Często w książce pojawia się historia włókniarek, które kilka razy podejmowały się strajkowania za czasów słusznie minionej epoki i dzisiaj nikt o nich nie pamięta. To przewija się w kilku reportażach. I jakoś autorzy nie wpadli na genialny w swej prostocie pomysł, żeby odnaleźć przywódczynie tych strajków, porozmawiać z ich uczestniczkami, dowiedzieć się co u nich dzisiaj słychać. Proste i oczywiste by się wydawało, zwłaszcza że w tle te historie się pojawiają i budzą ciekawość o wiele większą niż opowieść o sekrecie sukcesu Hanny Zdanowskiej. Taki reportaż można napisać fantastycznie go stylizując, odtwarzając narrację reportaży o strajkujących stoczniowcach czy górnikach… świetna zabawa, a my tu czytamy klasyczne opowieści o biednych ludziach, dzielnych społecznikach i przeciętnie dobrych politykach. My już to znamy.

 

Grzechem takich antologii jest też powtarzalność niektórych informacji – czytamy reportaż o ludziach przesiedlonych przy okazji rewitalizacji, a kilkanaście stron dalej tekst, w którym się to na nowo wyjaśnia, tylko w łagodniejszych słowach. Możliwe, że chodziło o taką prostą mnemotechnikę, by czytelnicy na pamięć przyswoili niektóre prawdy, ale jednak można było uważniej redagować te repetycje.

 

Bardzo też jestem ciekaw, czy Józefiak naprawdę usłyszał od Zdanowskiej, że ta nazwała Margaret Thatcher “babą z jajami”. Bo idzie to tak:

 

“Gospodyni Łodzi kręci głową. Nie tędy droga. Im wyższe podatki, tym chętniej ludzie uciekają z płatnością. Ideał to podatki niskie. Dokładnie tak myślała Margaret Thatcher! Potrafiła zmienić gospodarkę. Wbrew górnikom, grupom wpływów zrobiła nowoczesną Anglię. Baba z jajami. To dla prezydent najlepszy wzór”.

 

Jeśli tak powiedziała Zdanowska – nie ma problemu, to jej problem. Ale jeśli Józefiak to może byśmy jednak zapytali Zdanowską, czy lubi wkładać sobie do ust “babę z jajami”? Bo to nie dość, że patriarchalne, uprzedmiotawiające to po prostu w 2020 roku nieeleganckie.