JA NIE MAM DUSZY – SPRAWA BARBARY UBRYK. RECENZUJE WOJCIECH SZOT

Do jej celi przyszło pięciu mężczyzn w towarzystwie trzech zakonnic. – Za co ty tu siedzisz? – ktoś zapytał. – Bo ja jestem grzesznica, popełniłam grzech nieczystości, ale ony to są anioły, one to są czyste no, no, ho ho!

Wiem ja wszystko, one mówią, że ja wariatka – powiedziała naga i brudna Barbara Ubryk, ponadpięćdziesięcioletnia zakonnica, o której istnieniu ponoć nikt poza siostrami klauzurowymi nie wiedział. Tego, że o Barbarze wiedziało całkiem sporo osób i przez lata nikt nie zdecydował się zakończyć jej gehenny, śledczy dowiedzą się dopiero w najbliższych dniach. Teraz trzeba ją przewieźć do szpitala.

 

Ta historia wstrząśnie nie tylko mieszkańcami Krakowa. Oskarżane o bezduszność karmelitanki bose wzbudzą w gawiedzi tak silną nienawiść, że będzie trzeba wyprowadzić wojsko na ulice, by zapobiegło gwałtowi. Historia Ubryk zyskała kilka równoległych żyć, a chętni do sfotografowania męczennicy próbowali wielu forteli, by dostać się do Szpitala Świętego Ducha, w którym umieszczono chorą. 

 

I choć brzmi to jak historia z „gotyckiej” powieści, to wydarzenia, o których pisze Natalia Budzyńska, kulturoznawczyni i dziennikarka, naprawdę miały miejsce i są doskonale udokumentowane aktami procesowymi, wspomnieniami świadków oraz artykułami prasowymi, które barwnie i często nieprawdziwie opisywały życie pochodzącej z mazowieckiego Węgrowa zakonnicy. Zgromadzone w Archiwum Narodowym w Krakowie dokumenty stanowią podstawowy korpus książki Budzyńskiej, która – na szczęście – próbuje opowiedzieć kim jest Ubryk w szerszym kontekście. Czy jednak jest to udana próba?

 

Są tytuły, które mówią za dużo. Rozgadane, jakby same w sobie miały być szyldami reklamowymi. Na okładce książki Budzyńskiej czytamy: „Sprawa Barbary Ubryk, uwięzionej zakonnicy, której historią żyła cała Polska”. Ten mocno sensacyjny ton nie zdradza tego, że autorka obok próby rekonstrukcji wydarzeń, które wstrząsnęły Galicją i całym światem w 1869 roku, próbuje odpowiedzieć na kilka trudniejszych pytań. Bo o ile bardzo obfite cytowanie źródeł, przegląd artykułów, które opisywały sprawę Barbary Ubryk, dają w finale dość oczywistą historię, którą bardzo dobrze opowiedzianą znajdziecie na wikipedii [TU LINK – https://pl.wikipedia.org/wiki/Sprawa_Barbary_Ubryk], to dużo ciekawsza wydaje się próba przedstawienia Barbary Ubryk na tle ówczesnej mentalności, wpisania jej w kulturową historię Polski i Europy. A to się Budzyńskiej nie w pełni udaje. 

 

Barbara Ubryk była – prawdopodobnie, bo diagnozowanie postaci z historii jest moim zdaniem nadużyciem – osobą chorą psychicznie. Na co cierpiała? Z historycznych przekazów wiemy, że mogła być to schizofrenia, może depresja, może coś jeszcze innego? Budzyńska stara się opowiedzieć historię psychiatrii w Polsce i pokazać, jak kształtowało się i zmieniało podejście do osób psychicznie chorych, popełnia jednak dość podstawowy błąd. Nie można pisać o medycynie połowy XIX wieku, nie sięgając do źródeł niemieckojęzycznych i opierać się wyłącznie na – nielicznych wtedy – tłumaczeniach na język polski. Zdecydowana większość lekarzy, żeby nie powiedzieć, że wszyscy, znali język niemiecki, często studiowali lub praktykowali w Wiedniu czy innych miastach Cesarstwa Austro-Węgierskiego i byli na bieżąco z literaturą powstającą w języku zaborcy. Jak bardzo istotny jest to wątek, prześledzić można na późniejszym choćby przykładzie Leona Wachholza, słynnego profesora medycyny sądowej, który był uczniem Richarda von Kraffta-Ebbinga, a sam niektóre swoje artykuły napisał po niemiecku. Fascynujący wątek, jakim jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o źródła wiedzy o psychiatrii, u Budzyńskiej nie znajduje należnego mu rozwinięcia. Kolejną wątpliwą sprawą jest opowiadanie wyłącznie o psychiatrii. Ciekawym dziełem, w którym bardzo dużo mówi się też o chorobach psychicznych, jest medycyna sądowa, podręczniki której wydawane były także w języku polskim i sporo uwagi poświęcały odmiennościom i chorobom. Sprawa Barbary Ubryk dzieje się przed sądem, zatem warto było się bliżej przyjrzeć też tej dyscyplinie medycyny.

 

Interesującym wątkiem, który omawia Budzyńska, jest fakt, że sprawa Barbary Ubryk odpowiadała wręcz idealnie potrzebom swoich czasów – antykościelne wystąpienia, które sprowokowała, nie wzięły się znikąd. W społeczeństwie, nie tylko polskim, powszechna była wówczas antyklerykalna postawa. Z jednej strony jej przyczyną było zachowanie Kościoła katolickiego podczas powstania styczniowego i obsadzanie krakowskiego biskupstwa proaustriackimi hierarchami, z drugiej był to trend ogólnoeuropejski, o którym dzisiaj niewiele już wiemy. I choć to kolejny atrakcyjny wątek, w który można było wpisać historię Barbary Ubryk, autorka również nie jest w stanie w pełni go wykorzystać. 

 

W roku uwolnienia Barbary Ubryk umiera inna słynna zakonnica – Makryna Mieczysławska, brawurowo opisana przez Jacka Dehnela w „Matce Makrynie” (powieści, którą sobie bardzo cenię). Historię fałszywej zakonnicy, która dostała się na audiencję u papieża, została bohaterką poematu Juliusza Słowackiego, a przez niektórych uznana za świętą męczennicę, można by ciekawie wykorzystać w zestawieniu z historią Ubryk. A tak pozostaje jedynie żałować, że nie pojawia się ona w reportażu Budzyńskiej, podobnie jak i inne słynne ówcześnie siostry czy „histeryczne” kobiety, które zapełniały szpalty prasy brukowej. Budzyńska obszernie omawia jedynie literaturę sensacyjną poświęconą swojej bohaterce, która stała się gwiazdą światowego formatu, ale nie umieszcza jej w szerszym kontekście. Przyjrzenie się fenomenowi, jakim w XIX wieku są „szalone” święte dziewice, z pewnością pozwoliłby powiedzieć coś nowego o samej Barbarze i jej czasach.

 

Sprawa Ubryk jest dzisiaj fascynująca nie ze względu na samą historię (którą czyta się równie ciekawie w obszernym artykule na wikipedii, co w książce Budzyńskiej), ale ze względu na swoją symboliczną wymowę. Biorąc na warsztat jej życie i „życie po życiu”, można było opowiedzieć zaskakującą historię kształtowania się nowoczesnego człowieka, który łączył racjonalność z wiarą w metapsychiczną moc mediów, uznawał potrzebę humanitarnego traktowania osób chorych psychicznie i jednocześnie zaczytywał się w sensacyjnych powiastkach niskiego sortu. Widziana w takim tle historia Barbary Ubryk zamieniłaby się w ważny symbol. W tym książka Budzyńskiej raczej nie pomoże.

Wojciech Szot, luty 2020

JA NIE MAM DUSZY – SPRAWA BARBARY UBRYK. RECENZUJE WOJCIECH SZOT

Do jej celi przyszło pięciu mężczyzn w towarzystwie trzech zakonnic. – Za co ty tu siedzisz? – ktoś zapytał. – Bo ja jestem grzesznica, popełniłam grzech nieczystości, ale ony to są anioły, one to są czyste no, no, ho ho!

Wiem ja wszystko, one mówią, że ja wariatka – powiedziała naga i brudna Barbara Ubryk, ponadpięćdziesięcioletnia zakonnica, o której istnieniu ponoć nikt poza siostrami klauzurowymi nie wiedział. Tego, że o Barbarze wiedziało całkiem sporo osób i przez lata nikt nie zdecydował się zakończyć jej gehenny, śledczy dowiedzą się dopiero w najbliższych dniach. Teraz trzeba ją przewieźć do szpitala.

 

Ta historia wstrząśnie nie tylko mieszkańcami Krakowa. Oskarżane o bezduszność karmelitanki bose wzbudzą w gawiedzi tak silną nienawiść, że będzie trzeba wyprowadzić wojsko na ulice, by zapobiegło gwałtowi. Historia Ubryk zyskała kilka równoległych żyć, a chętni do sfotografowania męczennicy próbowali wielu forteli, by dostać się do Szpitala Świętego Ducha, w którym umieszczono chorą. 

 

I choć brzmi to jak historia z „gotyckiej” powieści, to wydarzenia, o których pisze Natalia Budzyńska, kulturoznawczyni i dziennikarka, naprawdę miały miejsce i są doskonale udokumentowane aktami procesowymi, wspomnieniami świadków oraz artykułami prasowymi, które barwnie i często nieprawdziwie opisywały życie pochodzącej z mazowieckiego Węgrowa zakonnicy. Zgromadzone w Archiwum Narodowym w Krakowie dokumenty stanowią podstawowy korpus książki Budzyńskiej, która – na szczęście – próbuje opowiedzieć kim jest Ubryk w szerszym kontekście. Czy jednak jest to udana próba?

 

Są tytuły, które mówią za dużo. Rozgadane, jakby same w sobie miały być szyldami reklamowymi. Na okładce książki Budzyńskiej czytamy: „Sprawa Barbary Ubryk, uwięzionej zakonnicy, której historią żyła cała Polska”. Ten mocno sensacyjny ton nie zdradza tego, że autorka obok próby rekonstrukcji wydarzeń, które wstrząsnęły Galicją i całym światem w 1869 roku, próbuje odpowiedzieć na kilka trudniejszych pytań. Bo o ile bardzo obfite cytowanie źródeł, przegląd artykułów, które opisywały sprawę Barbary Ubryk, dają w finale dość oczywistą historię, którą bardzo dobrze opowiedzianą znajdziecie na wikipedii [TU LINK – https://pl.wikipedia.org/wiki/Sprawa_Barbary_Ubryk], to dużo ciekawsza wydaje się próba przedstawienia Barbary Ubryk na tle ówczesnej mentalności, wpisania jej w kulturową historię Polski i Europy. A to się Budzyńskiej nie w pełni udaje. 

 

Barbara Ubryk była – prawdopodobnie, bo diagnozowanie postaci z historii jest moim zdaniem nadużyciem – osobą chorą psychicznie. Na co cierpiała? Z historycznych przekazów wiemy, że mogła być to schizofrenia, może depresja, może coś jeszcze innego? Budzyńska stara się opowiedzieć historię psychiatrii w Polsce i pokazać, jak kształtowało się i zmieniało podejście do osób psychicznie chorych, popełnia jednak dość podstawowy błąd. Nie można pisać o medycynie połowy XIX wieku, nie sięgając do źródeł niemieckojęzycznych i opierać się wyłącznie na – nielicznych wtedy – tłumaczeniach na język polski. Zdecydowana większość lekarzy, żeby nie powiedzieć, że wszyscy, znali język niemiecki, często studiowali lub praktykowali w Wiedniu czy innych miastach Cesarstwa Austro-Węgierskiego i byli na bieżąco z literaturą powstającą w języku zaborcy. Jak bardzo istotny jest to wątek, prześledzić można na późniejszym choćby przykładzie Leona Wachholza, słynnego profesora medycyny sądowej, który był uczniem Richarda von Kraffta-Ebbinga, a sam niektóre swoje artykuły napisał po niemiecku. Fascynujący wątek, jakim jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o źródła wiedzy o psychiatrii, u Budzyńskiej nie znajduje należnego mu rozwinięcia. Kolejną wątpliwą sprawą jest opowiadanie wyłącznie o psychiatrii. Ciekawym dziełem, w którym bardzo dużo mówi się też o chorobach psychicznych, jest medycyna sądowa, podręczniki której wydawane były także w języku polskim i sporo uwagi poświęcały odmiennościom i chorobom. Sprawa Barbary Ubryk dzieje się przed sądem, zatem warto było się bliżej przyjrzeć też tej dyscyplinie medycyny.

 

Interesującym wątkiem, który omawia Budzyńska, jest fakt, że sprawa Barbary Ubryk odpowiadała wręcz idealnie potrzebom swoich czasów – antykościelne wystąpienia, które sprowokowała, nie wzięły się znikąd. W społeczeństwie, nie tylko polskim, powszechna była wówczas antyklerykalna postawa. Z jednej strony jej przyczyną było zachowanie Kościoła katolickiego podczas powstania styczniowego i obsadzanie krakowskiego biskupstwa proaustriackimi hierarchami, z drugiej był to trend ogólnoeuropejski, o którym dzisiaj niewiele już wiemy. I choć to kolejny atrakcyjny wątek, w który można było wpisać historię Barbary Ubryk, autorka również nie jest w stanie w pełni go wykorzystać. 

 

W roku uwolnienia Barbary Ubryk umiera inna słynna zakonnica – Makryna Mieczysławska, brawurowo opisana przez Jacka Dehnela w „Matce Makrynie” (powieści, którą sobie bardzo cenię). Historię fałszywej zakonnicy, która dostała się na audiencję u papieża, została bohaterką poematu Juliusza Słowackiego, a przez niektórych uznana za świętą męczennicę, można by ciekawie wykorzystać w zestawieniu z historią Ubryk. A tak pozostaje jedynie żałować, że nie pojawia się ona w reportażu Budzyńskiej, podobnie jak i inne słynne ówcześnie siostry czy „histeryczne” kobiety, które zapełniały szpalty prasy brukowej. Budzyńska obszernie omawia jedynie literaturę sensacyjną poświęconą swojej bohaterce, która stała się gwiazdą światowego formatu, ale nie umieszcza jej w szerszym kontekście. Przyjrzenie się fenomenowi, jakim w XIX wieku są „szalone” święte dziewice, z pewnością pozwoliłby powiedzieć coś nowego o samej Barbarze i jej czasach.

 

Sprawa Ubryk jest dzisiaj fascynująca nie ze względu na samą historię (którą czyta się równie ciekawie w obszernym artykule na wikipedii, co w książce Budzyńskiej), ale ze względu na swoją symboliczną wymowę. Biorąc na warsztat jej życie i „życie po życiu”, można było opowiedzieć zaskakującą historię kształtowania się nowoczesnego człowieka, który łączył racjonalność z wiarą w metapsychiczną moc mediów, uznawał potrzebę humanitarnego traktowania osób chorych psychicznie i jednocześnie zaczytywał się w sensacyjnych powiastkach niskiego sortu. Widziana w takim tle historia Barbary Ubryk zamieniłaby się w ważny symbol. W tym książka Budzyńskiej raczej nie pomoże.

Wojciech Szot, luty 2020