SZOT RECENZUJE „PONIEMIECKIE”

“Gruss aus Gottesberg. Schlesien”, czyli pozdrowienia z Bożej Góry na Śląsku. Poniemiecki Boguszów to niewielka mieścina pod Wałbrzychem (Waldenburg), a pocztówki z jego widokami od kilku lat kupuję na serwisach aukcyjnych.

Hobby to wciąż jest niedrogie, miasto nigdy nie było (na moje szczęście) pocztówkowym przebojem, zatem nowych widoków nie przybywa, a nawet mało ambitny zbiór prywatny opowiada historię, której dzisiejszych śladów pozostało niewiele. O takich właśnie poniemieckich śladach i dziedzictwie ciekawą, choć nie pozbawioną wad, książkę napisała Karolina Kuszyk.

Poznawać Poniemieckie można zacząć choćby od pocztówki przedstawiającej pomnik poległych w wojnie światowej, wzniesionym około 1928 roku na na dzisiejszej Górze Parkowej (645 m.). Potężny czworoboczny monument na murowanym podeście, zwieńczony krzyżem, na którym czytelne są daty 1914-1918 z pewnością był widoczny z daleka. Nie pamiętam nawet śladów po nim, choć na Górę Parkową chodziło się często, choćby po to, by uciec przed nudnym kazaniem w kościele. 

 

Można też zacząć od Sienkiewicza i może to lepszy początek, niż prywatne wspomnienia. “Piętnaście lat temu nie tylko nie stał tu ani jeden dom, ale w całej bliższej okolicy nie było białych. Natomiast w widłach rzeki, na tym samym miejscu, na którym stoi Antylopa, wznosiła się osada indyjska zwana Chiavatta”, pisze w “Sachemie” Henryk Sienkiewicz. To jedna z najciekawszych literackich opowieści o życiu w świecie “po”. Niemieccy osadnicy z miejscowości o swojskich nazwach jak Berlin czy Harmonia podbili Chiavattę, której mieszkańcy zostali wycięci “w pień”, a ocaleli tylko ci, którzy tego dnia wyszli na łowy. Zwycięzcy na miejscu podbitej osady zaczęli wznosić Antylopę i powoli zapominać o przeszłości miejsca. Bohaterom Sienkiewiczowskiej noweli o historii przypomni tytułowy “sachem”, potomek wodzów plemienia Czarnych Wężów, który ma w Antylopie wystąpić wraz z trupą cyrkowców. I choć dobrze widzieć dzisiaj tą historię jako opowieść o kolonializmie, to warto zwrócić uwagę na jej tytuł – bohater pozostaje bezimienny, a w całej opowieści autor tylko raz wymienia jego imię. Nowi mieszkańcy Chiavatty czekają na występ Czerwonego Sępa w podekscytowaniu, ale i przerażeniu. Gimnastyk ma być “rozdrażniony i dzikszy niż zwykle”, jak mówi dyrektor trupy zapowiadający jego występ. Współczesny czytelnik bez wysiłku dostrzeże w tych słowach odczłowieczenie i animalizację, krytyka postkolonialna nauczyła nas już czytać takie opowieści. Ale nas teraz bardziej interesuje “po”. 

Sześćdziesiąt lat po noweli Sienkiewicza nasi rodacy będą wciąż jeszcze pisać “niemcy”, a  mieszkańcy Ziem Odzyskanych przez kolejne lata utwierdzać się będą w przekonaniu, że kilkaset lat historii można unieważnić tworzeniem nowej narracji, w której królować będą Piastowie i Liczyrzepa. Karolina Kuszyk podjęła się ambitnego zadania opowiedzenia o świecie “poniemieckim”. Jest to opowieść o przedmiotach, które do dzisiaj znajdują się w dolnośląskich, lubuskich czy szczecińskich domach – od magli czasem cudem zachowanych w komórkach przy budynku w typie “familiok”, po dzieła sztuki, od srebrnej marki znalezionej przez wyrostka bawiącego się na podwórku po Złoty Pociąg, którego szukało w szczytowym okresie wojsko z pomocą pasjonatów tajemnic skrywanych w dolnośląskich ziemiach. Kuszyk prześledziła dziesiątki opowieści, historii pierwszych osadników, którzy mieli do wyboru albo wypędzić Niemców, albo spróbować z nimi jakoś się ułożyć. Są tu opowieści o małżeństwach polsko-niemieckich widziane z perspektywy kolejnego pokolenia, które z czasem odkrywało, czemu na podwórku krzyczano za nimi “hitlery”, historie ludzi żyjących w ciągłym strachu, że to dalej nie jest miejsce docelowe, a “niemcy” wrócą. A wtedy znowu trzeba będzie szukać miejsca dla siebie.

Strach, nie strach, żyć trzeba. Trzeba się osiedlić, znaleźć dom, mieszkanie, a w nim przedmioty – szafy, szafki, obrazki z Aniołem Stróżem przeprowadzającym dzieci przez kładkę, filiżanki z sielskimi widoczkami, czasem weki w piwnicy. Kuszyk w “Poniemieckim” jest jak kuratorka wystawy, która przeszukuje poniemieckie ziemie w poszukiwaniu tego, co zostało z dawnego świata. Wielka panorama dziejów to zamierzenie ambitne, w końcu w “Poniemieckim” zmieścili się dzisiejsi pasjonaci tajemnic, którzy masowo odwiedzają sztolnie w Walimiu (to dla początkujących) czy ryjący dziury w podwałbrzyskich lasach (to dla bardziej zaawansowanych i lubiących działalność nielegalną); historia stacjonujących w Legnicy wojskowych, którzy w nowej już Polsce opuszczali miasto przy zmasowanej radości jej mieszkańców, ale też mebli, naczyń, domów. Czy udana? To zależy trochę od tego, jakiej perspektywy oczekujemy, czy takie poruszenie tematów i ich dość ekspresowe objaśnienie nas zadowoli, czy jednak potrzebujemy głębszych, obszerniejszych opowieści, bo prawie każdy z rozdziałów książki Kuszyk można rozbudować do pasjonującej książki reporterskiej. Wiele dowiadujemy się też o samej Kuszyk, która pochodzi z Legnicy i to właśnie znaleziony w rodzinnym domu talerz z symbolem swastyki (o ironio losu znaleziony przez niemieckiego partnera autorki) otwiera wszystkie opowieści.

Lektura każdej książki współistnieje z naszą biografią, stąd też niżej podpisany czyta “Poniemieckie” jako osoba, która kilkanaście lat spędziła w świecie, w którym wszystko ma swoją tajemniczą przeszłość, zatem nie przeszkadza mi nostalgiczny, chwilami wręcz rzewny ton książki. Jednocześnie rozumiem, że może być on dla kogoś nie do zniesienia. Chyba też z tego powodu opowieść o tej książce zamieniam w opowieść też o sobie, bo o “poniemieckim” w Polsce mówi się za mało, zdaje się, że temat wciąż jest marginalizowany, a jest tu o czym opowiadać.

Jedna z perełek mojej kolekcji. Kościół ewangelicki w Fellhammer (Kuźnice Świdnickie), wsi wchodzącej dzisiaj w skład Boguszowa-Gorców zaczęto budować dopiero w maju 1914 roku. Mimo wojennej zawieruchy, już we wrześniu następnego roku wierni po raz pierwszy modlili się w jego niezbyt wystawnych wnętrzach. A teraz szybko daty: 1958 – ostatnia msza, 1959 – zamknięcie kościoła, 1971 – zburzenie. Dzisiaj na miejscu kościoła rośnie trawa. Zawsze mnie to pole zastanawiało, wyjątkowo równe, płaskie i doskonale widoczne z głównej drogi, przy której do dziś stoi kościół katolicki. Katolicy z Fellhammer również zaczęli się budować w 1914 roku, ale neogotycki budynek oddano do użytku dopiero trzy lata później. Szybko jedna data – 1972 – remont kościoła.

Wiele fragmentów książki było dla mnie zbyt oczywistych, brakowało mi pójścia w głąb tej opowieści, szerszej refleksji nad statusem rzeczy i miejsc “po”, zwłaszcza w kontekście żydowskiej (nie)obecności na Ziemiach Odzyskanych. Tutaj autorka dość pobieżnie opowiada o żydowskich osadnikach z “powojnia”, a Dzierżoniów (Reichenbach), do którego zjeżdżały tysiące Żydów z całej Polski praktycznie się nie pojawia. Gdy mówimy o “poniemieckim” to warto się zastanowić, jak czuli się Żydzi, którzy zasiedlali domy niedawnych wrogów, czy może jednak był to jakiś rodzaj tryumfu? W pismach Jakuba Egita, przewodniczącego wrocławskiego Komitetu Żydów, pobrzmiewa taka nuta, a idea “Jidiszer Jiszew in Niderszlezje”, żydowskiego osiedla na Dolnym Śląsku, była marzeniem, które może i nawet miało szansę urealnienie, ale po kieleckim pogromie już nikt nie chciał słuchać fantastów z wrocławskiej centrali. To jest historia nieopowiedziana tutaj, czego żałuję, bo sporo miejsca znalazło się na inne tematy, niekoniecznie z takim potencjałem.

Zdawałoby się, że autorka jest historyczką sztuki, choć biogram tego nie potwierdza. Jestem pod sporym wrażeniem bardzo profesjonalnych opisów dzieł sztuki, zwracania szczególnej uwagi na ich losy i znaczenie. To z pewnością najciekawsze fragmenty reportażu. Przynajmniej dla mnie – znowu podkreślę, że każdy “Poniemieckie” przeczyta inaczej, bo każdy z nas szuka innych historii i różnych języków, a sporo ich w tej książce można znaleźć. Kuszyk jest w swoim żywiole gdy opisuje następujące po sobie pomniki w legnickim parku – cesarza Wilhelma I, który ustąpił miejsce pomnikowi Wdzięczności dla Armii Radzieckiej, ten z kolei musiał uznać wyższość ustawy dekomunizacyjnej. Jest to pisanie plastyczne, obrazowe, czułe na detal, przez co tym bardziej nie rozumiem dlaczego w “Poniemieckim” pojawia się tak wiele kolokwializmów. Cejrowskiemu się “palnęło”, a autorka się “skumała”. To mieszanie języków profesjonalnego opisu dzieła sztuki, reporterskiego oka i szkiełka z “luzacką” opowieścią autorską chwilami irytuje, jakbyśmy mieli do czynienia z kilkoma zlepianymi z sobą opowieściami, jednymi zredagowanymi z uwagą, i pozostałymi, jak z osobistego dziennika, które redakcji już nie podlegały. Może ktoś lubić takie przełączanie rejestrów językowych, ja nie. 

Tego, co się stało z Germanią, która stała na gottesberskim rynku od początku XX wieku, trudno dzisiaj się dowiedzieć, choć podobno bogini przysłużyła się swym materiałem hitlerowskiej armii. Pomnik odsłonięty w 1903 roku przedstawiał mityczną Germanię w wieńcu laurowym, podpierającą się mieczem, a w uniesionej ręce trzymającą trzymającą gałąź lauru. I choć ilustrator innej z pocztówek wsadzi w rękę Germanii koronę Cesarstwa Niemieckiego, to najwyraźniej ofiarodawcom zabrakło środków na ten element ikonografii. Na wysokim cokole umieszczono też płaskorzeźby przedstawiające cesarzy Wilhelma I i Fryderyka III oraz wizerunki Bismarcka i Helmutha von Moltkego, niemieckiego bohatera narodowego. Panom towarzyszył lwi rzygacz, z którego paszczy do niewielkiego oczka wodnego wylatywała woda. Zdjęcia z końcówki lat 30. pokazują, że zamienianie miejskiego rynku w parking dla samochodów to jednak nie jest tylko współczesny pomysł – Germania wygląda na nich jak przerośnięta strażniczka parkingowa. Pomnik poświęcony był oczywiście bohaterom wojny francusko-pruskiej z lat 1870-1871, a podobne jemu twory stały w wielu niemieckich miastach. Bardziej republikańsko nastawione miasta likwidowały swoje Germanie po I wojnie światowej, nawyraźniej w Gottesbergu ludzie byli bardziej przywiązani do tradycyjnych wartości.

To jest taka opowieść, że jak jesteś już z tego Dolnego Śląska to dzięki niej łatwiej będzie ci zrobić kolejny w życiu coming-out. Dlatego pokazuję moje zbiory. Niemieckie pocztówki z końca XIX wieku i początku kolejnego stulecia pokazują miasto schludne, pełne życia i tak mocno odmienne od dzisiejszego smutku bez tropików, który tam można zastać, że trudno aż uwierzyć w te restauracje, parki i pomniczki. Kuszyk słusznie (bardzo słusznie!) sporo uwagi poświęca tak kolekcjonerom pocztówek jak i samej ich historii. Dzisiaj są one jednymi z niewielu łatwo dostępnych poniemieckich przedmiotów kolekcjonerskich i do tego wciąż w całkiem przyzwoitych cenach. Czym jest pocztówka? Czy – jak chce autorka – odtrutką na dzisiejszy krajobraz, czy może przypomnieniem o przeszłości, oczywistym i nie pozostawiającym żadnych złudzeń? Dla mnie te pocztówki stanowią jakieś przypomnienie o tym, skąd pochodzę. Bo my nie mieliśmy historii, o czym przypomina też wielokrotnie Autorka. Nasza historia zaczyna się gdzieś w jej środku, gdy dziadkowie są już dorosłymi ludźmi, mają jakiś dom (poniemiecki przeważnie), dzieci (nie zawsze całkowicie “polskie”), pracę w fabryce (często poniemieckiej). O tym, jak tu trafili, jak znaleźli ten swój poniemiecki dom, co się działo w pierwszych latach osadnictwa i dlaczego mówiono o tych ziemiach Dziki Zachód, większość z nas nie słyszała w rodzinnych opowieściach. Dzisiaj przedmioty przypominają o przeszłości, a dbałość o nie wydaje się być czymś w rodzaju obowiązku, bo choć wszyscy wiemy dlaczego historia potoczyła się tak, że dzisiaj nie ma już Gottesbergu, a jest Boguszów, to możemy na nią patrzeć też przez pryzmat zwykłych ludzi, którym wojna odebrała wszystko i wygnała do kraju, w którym wcale nie byli witani z otwartymi ramionami. 

W książce znaleźć można drobne błędy, jak ten o domu przedpogrzebowym na żydowskim cmentarzu w Legnicy, który w “Poniemieckim” stał się domem “pogrzebowym”, czy nazwa grupy “Wham!” pisana bez wykrzyknika, mimo zapewnienia, że autorka była fanką. Fani jednak o wykrzykniku powinni pamiętać. Również nie podoba mi się bardzo negatywna refleksja nad dziełem komisji nazewnictwa, która tuż po wojnie ustalała polskie nazwy miejscowości. Mimo kilku negatywnych przykładów, wiele z tych nowych tworów okazalo się nad wyraz udanymi, świetnie imitującymi poprzednie nazwy, grając z nimi na różnych poziomach, warto było się temu przyjrzeć szerzej niż na jednej stronie. 

“Poniemieckie” to ambitne założenie i można się zastanowić tylko dlaczego dziesiątki tematów, które przybliża Kuszyk do tej pory nie trafiły na swoich autorów i autorki. Kuszyk podjęła się zadania wyjątkowo trudnego – poruszając tak wiele tematów próbuje wydobyć esencję i choć może nie zawsze się to udaje, to jednak “Poniemieckie” z pewnością zbliża nas do tej trudnej i wciąż nieobecnej w szerszej perspektywie historii. Dobry przyczynek, czas na kolejne kroki. A ja przypomniałem sobie, że jakiś czas temu “szarpnąłem się” na prezent dla samego siebie. Kupiłem filiżankę.

Z założonej w 1845 roku fabryki porcelany Carla Tielscha i Gideona von Wallenberga dzisiaj pozostały tylko przyjemne dla wzroku (choć czasem mało praktyczne) przedmioty użytkowe, które można nabyć w serwisach aukcyjnych. Od 2017 roku w Wałbrzychu trwa rozbiórka budynków dawnej fabryki, bo choć jeszcze w PRL-u produkty sygnowane “C.T.” (i dopiskiem “Made in Poland”) pyszniły się na niejednym dygnitarskim stole, tak w czasach późnego kapitalizmu trudno wygrać z masową produkcją. Seria, z której pochodzi mój poniemiecki przedmiot ilustrowana jest widokami miejscowości wokół Wałbrzycha-Waldenburga. Restauracja Friedenshöhe na Górze Parkowej w Gottesbergu była miejscową dumą. Zawieszona na pięknym wzgórzu ponoć działała jeszcze chwilę po wojnie. Dzisiaj co bardziej spostrzegawczy mogą dojrzeć w trawie fundamenty budynku. Chętnych pewnie nie brakuje, bo poniemieckie uzależnia. Podobnie jak kawa. Czas na kawę. 

SZOT RECENZUJE „PONIEMIECKIE”

“Gruss aus Gottesberg. Schlesien”, czyli pozdrowienia z Bożej Góry na Śląsku. Poniemiecki Boguszów to niewielka mieścina pod Wałbrzychem (Waldenburg), a pocztówki z jego widokami od kilku lat kupuję na serwisach aukcyjnych.

Hobby to wciąż jest niedrogie, miasto nigdy nie było (na moje szczęście) pocztówkowym przebojem, zatem nowych widoków nie przybywa, a nawet mało ambitny zbiór prywatny opowiada historię, której dzisiejszych śladów pozostało niewiele. O takich właśnie poniemieckich śladach i dziedzictwie ciekawą, choć nie pozbawioną wad, książkę napisała Karolina Kuszyk.

Poznawać Poniemieckie można zacząć choćby od pocztówki przedstawiającej pomnik poległych w wojnie światowej, wzniesionym około 1928 roku na na dzisiejszej Górze Parkowej (645 m.). Potężny czworoboczny monument na murowanym podeście, zwieńczony krzyżem, na którym czytelne są daty 1914-1918 z pewnością był widoczny z daleka. Nie pamiętam nawet śladów po nim, choć na Górę Parkową chodziło się często, choćby po to, by uciec przed nudnym kazaniem w kościele. 

 

Można też zacząć od Sienkiewicza i może to lepszy początek, niż prywatne wspomnienia. “Piętnaście lat temu nie tylko nie stał tu ani jeden dom, ale w całej bliższej okolicy nie było białych. Natomiast w widłach rzeki, na tym samym miejscu, na którym stoi Antylopa, wznosiła się osada indyjska zwana Chiavatta”, pisze w “Sachemie” Henryk Sienkiewicz. To jedna z najciekawszych literackich opowieści o życiu w świecie “po”. Niemieccy osadnicy z miejscowości o swojskich nazwach jak Berlin czy Harmonia podbili Chiavattę, której mieszkańcy zostali wycięci “w pień”, a ocaleli tylko ci, którzy tego dnia wyszli na łowy. Zwycięzcy na miejscu podbitej osady zaczęli wznosić Antylopę i powoli zapominać o przeszłości miejsca. Bohaterom Sienkiewiczowskiej noweli o historii przypomni tytułowy “sachem”, potomek wodzów plemienia Czarnych Wężów, który ma w Antylopie wystąpić wraz z trupą cyrkowców. I choć dobrze widzieć dzisiaj tą historię jako opowieść o kolonializmie, to warto zwrócić uwagę na jej tytuł – bohater pozostaje bezimienny, a w całej opowieści autor tylko raz wymienia jego imię. Nowi mieszkańcy Chiavatty czekają na występ Czerwonego Sępa w podekscytowaniu, ale i przerażeniu. Gimnastyk ma być “rozdrażniony i dzikszy niż zwykle”, jak mówi dyrektor trupy zapowiadający jego występ. Współczesny czytelnik bez wysiłku dostrzeże w tych słowach odczłowieczenie i animalizację, krytyka postkolonialna nauczyła nas już czytać takie opowieści. Ale nas teraz bardziej interesuje “po”. 

Sześćdziesiąt lat po noweli Sienkiewicza nasi rodacy będą wciąż jeszcze pisać “niemcy”, a  mieszkańcy Ziem Odzyskanych przez kolejne lata utwierdzać się będą w przekonaniu, że kilkaset lat historii można unieważnić tworzeniem nowej narracji, w której królować będą Piastowie i Liczyrzepa. Karolina Kuszyk podjęła się ambitnego zadania opowiedzenia o świecie “poniemieckim”. Jest to opowieść o przedmiotach, które do dzisiaj znajdują się w dolnośląskich, lubuskich czy szczecińskich domach – od magli czasem cudem zachowanych w komórkach przy budynku w typie “familiok”, po dzieła sztuki, od srebrnej marki znalezionej przez wyrostka bawiącego się na podwórku po Złoty Pociąg, którego szukało w szczytowym okresie wojsko z pomocą pasjonatów tajemnic skrywanych w dolnośląskich ziemiach. Kuszyk prześledziła dziesiątki opowieści, historii pierwszych osadników, którzy mieli do wyboru albo wypędzić Niemców, albo spróbować z nimi jakoś się ułożyć. Są tu opowieści o małżeństwach polsko-niemieckich widziane z perspektywy kolejnego pokolenia, które z czasem odkrywało, czemu na podwórku krzyczano za nimi “hitlery”, historie ludzi żyjących w ciągłym strachu, że to dalej nie jest miejsce docelowe, a “niemcy” wrócą. A wtedy znowu trzeba będzie szukać miejsca dla siebie.

Strach, nie strach, żyć trzeba. Trzeba się osiedlić, znaleźć dom, mieszkanie, a w nim przedmioty – szafy, szafki, obrazki z Aniołem Stróżem przeprowadzającym dzieci przez kładkę, filiżanki z sielskimi widoczkami, czasem weki w piwnicy. Kuszyk w “Poniemieckim” jest jak kuratorka wystawy, która przeszukuje poniemieckie ziemie w poszukiwaniu tego, co zostało z dawnego świata. Wielka panorama dziejów to zamierzenie ambitne, w końcu w “Poniemieckim” zmieścili się dzisiejsi pasjonaci tajemnic, którzy masowo odwiedzają sztolnie w Walimiu (to dla początkujących) czy ryjący dziury w podwałbrzyskich lasach (to dla bardziej zaawansowanych i lubiących działalność nielegalną); historia stacjonujących w Legnicy wojskowych, którzy w nowej już Polsce opuszczali miasto przy zmasowanej radości jej mieszkańców, ale też mebli, naczyń, domów. Czy udana? To zależy trochę od tego, jakiej perspektywy oczekujemy, czy takie poruszenie tematów i ich dość ekspresowe objaśnienie nas zadowoli, czy jednak potrzebujemy głębszych, obszerniejszych opowieści, bo prawie każdy z rozdziałów książki Kuszyk można rozbudować do pasjonującej książki reporterskiej. Wiele dowiadujemy się też o samej Kuszyk, która pochodzi z Legnicy i to właśnie znaleziony w rodzinnym domu talerz z symbolem swastyki (o ironio losu znaleziony przez niemieckiego partnera autorki) otwiera wszystkie opowieści.

Lektura każdej książki współistnieje z naszą biografią, stąd też niżej podpisany czyta “Poniemieckie” jako osoba, która kilkanaście lat spędziła w świecie, w którym wszystko ma swoją tajemniczą przeszłość, zatem nie przeszkadza mi nostalgiczny, chwilami wręcz rzewny ton książki. Jednocześnie rozumiem, że może być on dla kogoś nie do zniesienia. Chyba też z tego powodu opowieść o tej książce zamieniam w opowieść też o sobie, bo o “poniemieckim” w Polsce mówi się za mało, zdaje się, że temat wciąż jest marginalizowany, a jest tu o czym opowiadać.

Jedna z perełek mojej kolekcji. Kościół ewangelicki w Fellhammer (Kuźnice Świdnickie), wsi wchodzącej dzisiaj w skład Boguszowa-Gorców zaczęto budować dopiero w maju 1914 roku. Mimo wojennej zawieruchy, już we wrześniu następnego roku wierni po raz pierwszy modlili się w jego niezbyt wystawnych wnętrzach. A teraz szybko daty: 1958 – ostatnia msza, 1959 – zamknięcie kościoła, 1971 – zburzenie. Dzisiaj na miejscu kościoła rośnie trawa. Zawsze mnie to pole zastanawiało, wyjątkowo równe, płaskie i doskonale widoczne z głównej drogi, przy której do dziś stoi kościół katolicki. Katolicy z Fellhammer również zaczęli się budować w 1914 roku, ale neogotycki budynek oddano do użytku dopiero trzy lata później. Szybko jedna data – 1972 – remont kościoła.

Wiele fragmentów książki było dla mnie zbyt oczywistych, brakowało mi pójścia w głąb tej opowieści, szerszej refleksji nad statusem rzeczy i miejsc “po”, zwłaszcza w kontekście żydowskiej (nie)obecności na Ziemiach Odzyskanych. Tutaj autorka dość pobieżnie opowiada o żydowskich osadnikach z “powojnia”, a Dzierżoniów (Reichenbach), do którego zjeżdżały tysiące Żydów z całej Polski praktycznie się nie pojawia. Gdy mówimy o “poniemieckim” to warto się zastanowić, jak czuli się Żydzi, którzy zasiedlali domy niedawnych wrogów, czy może jednak był to jakiś rodzaj tryumfu? W pismach Jakuba Egita, przewodniczącego wrocławskiego Komitetu Żydów, pobrzmiewa taka nuta, a idea “Jidiszer Jiszew in Niderszlezje”, żydowskiego osiedla na Dolnym Śląsku, była marzeniem, które może i nawet miało szansę urealnienie, ale po kieleckim pogromie już nikt nie chciał słuchać fantastów z wrocławskiej centrali. To jest historia nieopowiedziana tutaj, czego żałuję, bo sporo miejsca znalazło się na inne tematy, niekoniecznie z takim potencjałem.

Zdawałoby się, że autorka jest historyczką sztuki, choć biogram tego nie potwierdza. Jestem pod sporym wrażeniem bardzo profesjonalnych opisów dzieł sztuki, zwracania szczególnej uwagi na ich losy i znaczenie. To z pewnością najciekawsze fragmenty reportażu. Przynajmniej dla mnie – znowu podkreślę, że każdy “Poniemieckie” przeczyta inaczej, bo każdy z nas szuka innych historii i różnych języków, a sporo ich w tej książce można znaleźć. Kuszyk jest w swoim żywiole gdy opisuje następujące po sobie pomniki w legnickim parku – cesarza Wilhelma I, który ustąpił miejsce pomnikowi Wdzięczności dla Armii Radzieckiej, ten z kolei musiał uznać wyższość ustawy dekomunizacyjnej. Jest to pisanie plastyczne, obrazowe, czułe na detal, przez co tym bardziej nie rozumiem dlaczego w “Poniemieckim” pojawia się tak wiele kolokwializmów. Cejrowskiemu się “palnęło”, a autorka się “skumała”. To mieszanie języków profesjonalnego opisu dzieła sztuki, reporterskiego oka i szkiełka z “luzacką” opowieścią autorską chwilami irytuje, jakbyśmy mieli do czynienia z kilkoma zlepianymi z sobą opowieściami, jednymi zredagowanymi z uwagą, i pozostałymi, jak z osobistego dziennika, które redakcji już nie podlegały. Może ktoś lubić takie przełączanie rejestrów językowych, ja nie. 

Tego, co się stało z Germanią, która stała na gottesberskim rynku od początku XX wieku, trudno dzisiaj się dowiedzieć, choć podobno bogini przysłużyła się swym materiałem hitlerowskiej armii. Pomnik odsłonięty w 1903 roku przedstawiał mityczną Germanię w wieńcu laurowym, podpierającą się mieczem, a w uniesionej ręce trzymającą trzymającą gałąź lauru. I choć ilustrator innej z pocztówek wsadzi w rękę Germanii koronę Cesarstwa Niemieckiego, to najwyraźniej ofiarodawcom zabrakło środków na ten element ikonografii. Na wysokim cokole umieszczono też płaskorzeźby przedstawiające cesarzy Wilhelma I i Fryderyka III oraz wizerunki Bismarcka i Helmutha von Moltkego, niemieckiego bohatera narodowego. Panom towarzyszył lwi rzygacz, z którego paszczy do niewielkiego oczka wodnego wylatywała woda. Zdjęcia z końcówki lat 30. pokazują, że zamienianie miejskiego rynku w parking dla samochodów to jednak nie jest tylko współczesny pomysł – Germania wygląda na nich jak przerośnięta strażniczka parkingowa. Pomnik poświęcony był oczywiście bohaterom wojny francusko-pruskiej z lat 1870-1871, a podobne jemu twory stały w wielu niemieckich miastach. Bardziej republikańsko nastawione miasta likwidowały swoje Germanie po I wojnie światowej, nawyraźniej w Gottesbergu ludzie byli bardziej przywiązani do tradycyjnych wartości.

To jest taka opowieść, że jak jesteś już z tego Dolnego Śląska to dzięki niej łatwiej będzie ci zrobić kolejny w życiu coming-out. Dlatego pokazuję moje zbiory. Niemieckie pocztówki z końca XIX wieku i początku kolejnego stulecia pokazują miasto schludne, pełne życia i tak mocno odmienne od dzisiejszego smutku bez tropików, który tam można zastać, że trudno aż uwierzyć w te restauracje, parki i pomniczki. Kuszyk słusznie (bardzo słusznie!) sporo uwagi poświęca tak kolekcjonerom pocztówek jak i samej ich historii. Dzisiaj są one jednymi z niewielu łatwo dostępnych poniemieckich przedmiotów kolekcjonerskich i do tego wciąż w całkiem przyzwoitych cenach. Czym jest pocztówka? Czy – jak chce autorka – odtrutką na dzisiejszy krajobraz, czy może przypomnieniem o przeszłości, oczywistym i nie pozostawiającym żadnych złudzeń? Dla mnie te pocztówki stanowią jakieś przypomnienie o tym, skąd pochodzę. Bo my nie mieliśmy historii, o czym przypomina też wielokrotnie Autorka. Nasza historia zaczyna się gdzieś w jej środku, gdy dziadkowie są już dorosłymi ludźmi, mają jakiś dom (poniemiecki przeważnie), dzieci (nie zawsze całkowicie “polskie”), pracę w fabryce (często poniemieckiej). O tym, jak tu trafili, jak znaleźli ten swój poniemiecki dom, co się działo w pierwszych latach osadnictwa i dlaczego mówiono o tych ziemiach Dziki Zachód, większość z nas nie słyszała w rodzinnych opowieściach. Dzisiaj przedmioty przypominają o przeszłości, a dbałość o nie wydaje się być czymś w rodzaju obowiązku, bo choć wszyscy wiemy dlaczego historia potoczyła się tak, że dzisiaj nie ma już Gottesbergu, a jest Boguszów, to możemy na nią patrzeć też przez pryzmat zwykłych ludzi, którym wojna odebrała wszystko i wygnała do kraju, w którym wcale nie byli witani z otwartymi ramionami. 

W książce znaleźć można drobne błędy, jak ten o domu przedpogrzebowym na żydowskim cmentarzu w Legnicy, który w “Poniemieckim” stał się domem “pogrzebowym”, czy nazwa grupy “Wham!” pisana bez wykrzyknika, mimo zapewnienia, że autorka była fanką. Fani jednak o wykrzykniku powinni pamiętać. Również nie podoba mi się bardzo negatywna refleksja nad dziełem komisji nazewnictwa, która tuż po wojnie ustalała polskie nazwy miejscowości. Mimo kilku negatywnych przykładów, wiele z tych nowych tworów okazalo się nad wyraz udanymi, świetnie imitującymi poprzednie nazwy, grając z nimi na różnych poziomach, warto było się temu przyjrzeć szerzej niż na jednej stronie. 

“Poniemieckie” to ambitne założenie i można się zastanowić tylko dlaczego dziesiątki tematów, które przybliża Kuszyk do tej pory nie trafiły na swoich autorów i autorki. Kuszyk podjęła się zadania wyjątkowo trudnego – poruszając tak wiele tematów próbuje wydobyć esencję i choć może nie zawsze się to udaje, to jednak “Poniemieckie” z pewnością zbliża nas do tej trudnej i wciąż nieobecnej w szerszej perspektywie historii. Dobry przyczynek, czas na kolejne kroki. A ja przypomniałem sobie, że jakiś czas temu “szarpnąłem się” na prezent dla samego siebie. Kupiłem filiżankę.

Z założonej w 1845 roku fabryki porcelany Carla Tielscha i Gideona von Wallenberga dzisiaj pozostały tylko przyjemne dla wzroku (choć czasem mało praktyczne) przedmioty użytkowe, które można nabyć w serwisach aukcyjnych. Od 2017 roku w Wałbrzychu trwa rozbiórka budynków dawnej fabryki, bo choć jeszcze w PRL-u produkty sygnowane “C.T.” (i dopiskiem “Made in Poland”) pyszniły się na niejednym dygnitarskim stole, tak w czasach późnego kapitalizmu trudno wygrać z masową produkcją. Seria, z której pochodzi mój poniemiecki przedmiot ilustrowana jest widokami miejscowości wokół Wałbrzycha-Waldenburga. Restauracja Friedenshöhe na Górze Parkowej w Gottesbergu była miejscową dumą. Zawieszona na pięknym wzgórzu ponoć działała jeszcze chwilę po wojnie. Dzisiaj co bardziej spostrzegawczy mogą dojrzeć w trawie fundamenty budynku. Chętnych pewnie nie brakuje, bo poniemieckie uzależnia. Podobnie jak kawa. Czas na kawę.