O polskim reportażu literackim A.D. 2019 (Szot)

Jeszcze nie tak dawno mówiło się, że żyjemy w kryzysie fikcji, a czytelnicy i czytelniczki częściej decydują się na lektury książek z szeroko pojętego świata non-fiction, bo rzeczywistość przegania wyobraźnię autorów i autorek, a głodni jesteśmy poznawania świata.

Dzisiaj, gdy pytam ludzi od książek”, nie słyszę już optymizmu w tej sprawie, od większych wydawców słyszę, że coraz trudniej sprzedać reportaż, a dziennikarze zapytani o najlepsze tegoroczne reportaże wymieniają zaledwie kilka tytułów, w większości się powtarzających.  

 

Po kilku dniach wypytywania przestaję być zaskoczony standardową odpowiedzią  w tym roku nie przeczytałem/łam za wielu reportaży. Powody? Nie było wybitnych dzieł, tematy mało ciekawe, to jakaś fabryka się zrobiła przeczytałem w jednej z wiadomości. Wystarczy spojrzeć na to ile książek powstało o lecie 39, niestety polskie produkcje w tym temacie są co najmniej rozczarowujące i nie zostaną w pamięci do lata roku 2020. Z tematem nie poradził sobie Marcin Wilk, który postanowił przepytać pamiętających tamto słynne lato. Okazało się – co było do przewidzenia – że są to bardzo zwyczajne historie, zakończone wielką tragedią. Niewiele pozostaje do zapamiętania. Anna Lisiecka dla Muzy napisała książkę „Wakacje 1939”, która próbuje spojrzeć na wydarzenia z perspektywy osób uprzywilejowanych – pisarzy, artystów, aktorów, a Marcin Zaborski w Lecie ‘39. Jeszcze żyjemy przygląda się sytuacji społecznej w Polsce i mimo pewnej nieudolności literackiej chyba najciekawiej przedstawia sytuację w kraju tuż przed wybuchem wojny. Modne tematy, presja czasu, niezbyt rozbudowane tło, mocno publicystyczne teksty skonstruowane poprawnie, bez szczególnych interwencji redaktorskich. To ostatnie wydaje się być największym niebezpieczeństwem reportażu – coraz częściej książki z tego gatunku ewidentne pozbawione są redaktora/redaktorki prowadzącej, która by interweniowała, gdy pisanie idzie w kierunkach odległych od sensów, a tym bardziej brakuje osób, które umiejętnie ingerowałyby w skończone już dzieła.  

 

Taki niedosyt pozostawia ostatnio wiele książek polskich autorów. U Marty Sapały, która bardzo ciekawie pisze o tym, co się dzieje z żywnością, której nie spożyjemy, zaskakuje nadmiar materiału i jego zbyt duży rozstrzał tematyczny – od freeganizmu po reportaż o przekazującym ubogim chleb przedsiębiorcy, który trochę chciał dobrze, a trochę oszukał system podatkowy. W reportażu Aleksandry Boćkowskiej, Można wybierać mimo deklaracji, że autorka zamierza przedstawić pozawarszawską perspektywę na wybory roku 89, w stolicy lądujemy zbyt często, a niedobory redakcji najbardziej widać w tym, że nikt nie namówił autorki na większą problematyzację tematu, poza pokazywaniem interesujących obrazów. Książki wydają się często nieprzegadane przed publikacją – nawet u Małgorzaty Rejmer w “Błoto słodsze niż miód” w pewnym momencie repetytywność formy reporterskiej zaczyna zamiast budować napięcie, budzić pewne znużenie. Gdyby zastosować tu kilka form – wywiad angielski, sam dialog, opowieść bohatera, relację reporterską książka z pewnością wiele by zyskała na literackiej jakości, choć tu i tak piszę o książce wyjątkowo dobrej. Ale zawsze może być lepiej. Sporo naiwności widać u Grzegorza Sterna, w jego książce o Birmie, Borderline. Mam tam swój ulubiony moment, gdy reporter dziwi się, że skazany na śmierć, osadzony w klatce, rebeliant nie odwzajemnił uśmiechu. Historia ta sporo mówi reporterze, ale jest mocno niepotrzebnym dodatkiem. Redaktorzy od reportażu śpią zbyt spokojnym snem.  

 

Wciąż ukazują się jednak książki istotne i wybitne. Myślę, że najciekawszym tegorocznym (piszę te słowa na początku października) reportażem jest wydana przez Dowody na Istnienie książka 27 śmierci Toby’ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko. Trudno mi uwierzyć w to, że jest to reporterski debiut. Autorka opowiada historię wielu lat przemocy, jaką stosowali w majestacie prawa uprzywilejowani Kanadyjczycy wobec coraz bardziej nielicznych potomków rdzennych mieszkańców tych ziem. Autorka pokazuje, że idealny wizerunek Kanady jest w jakimś stopniu produktem marketingu, a Kanadyjczycy mają się z czym rozliczać w swojej najnowszej historii. Autorka doskonale balansuje pomiędzy brutalnością świata, w którym przyszło dojrzewać jej bohaterom, a szerszym planem. Dynamiczna, różnorodna, wstrząsająca, a jednocześnie nie kiczowata.  

 

Dużo większe moje wątpliwości budzi ostatnia książka Wojciecha Tochmana, bo choć jest to pisanie uważne i wrażliwe wobec bohaterów, rozumiejące i współczujące, niepozbawione do tego misji, to literacko mocno niedopracowane, chwilami jest to bardziej lektura zbliżona do raportu misji humanitarnej, niż udanego reportażu. Ale nie można nie docenić reportera, który szuka tematów trudnych, nieobecnych w światowej publicystyce.  

 

Mocne emocje towarzyszyły mi też przy lekturze Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia Cezarego Łazarewicza. Dziennikarskie śledztwo , w którym autor próbuje znaleźć odpowiedzi na pytanie dlaczego na sztandarach polskiej prawicy znalazł się człowiek, który zamordował sekretarza partii południowoafrykańskich komunistów. Pytany o Łazarewicza, Michał Nogaś, dziennikarz Gazety Wyborczej mówi mi, że autor raz jeszcze pokazał, jak powinno wyglądać rzetelne dziennikarskie śledztwo. Portret psychologiczny mordercy to jedna z najmocniejszych stron książki. Jak i fakt, że Łazarewicz nie poprzestaje na samym Walusiu, a dociera do jego rodziny i przyjaciół. I namawia ich na mówienie. 

 

Gdy pytam Piotra Koftę (radiowa Dwójka) o ulubione reportaże słyszę, że dziennikarz nie nadaje się na czytelnika reportaży, bo jest czuły na język, a ten w większości polskich książek jest sztampowy i przewidywalny. Co zatem poleca? Springera (choć ten zarzeka się, że nie napisał reportażu), Instrukcję nadużycia Alicji Urbanik-Kopeć za połączenie pracy historycznej, eseju, reportażu i świetnego, lakonicznego, sarkastycznego miejscami pióra i Wędrowny zakład fotograficzny Agnieszki Pajączkowskiej za znakomity słuch językowy, empatię i wrażliwość, która znacząco wykracza poza reporterską ciekawość.  

 

Rozmawiam z Piotrem i dochodzimy do wniosku, że w reportażu brakuje nam pisania ze środka, Piotr woli określenie “z bebechów”. Reporterzy wybierają dość bezpieczne tematy, gdzie nie muszą się odsłaniać, a prezentowanie własnego zdania wciąż bywa czymś wstydliwym. Gdy Magdalena Okraska napisała “Ziemię jałową”, bardzo osobisty reportaż o Zagłębiu Dąbrowskim, wśród zarzutów do książki pojawił się argument, że brakuje w niej odwołań do fachowej literatury, raportów (Tygodnik Powszechny). Wciąż przywiązani jesteśmy do formy reportażu, jako paraobiektywnej relacji ze świata. W ostatnim czasie jednak coraz więcej autorów wymyka się temu i pisze książki reporterskie, czy korzystające z form reporterskich, ale mieszające gatunki i mieszające w naszych czytelniczych przyzwyczajeniach. W tym roku Nagrodę Nike dostał Mariusz Szczygieł za eklektyczną książkę, w której fikcja miesza się z reportażem, a Filip Springer wydał dzieło zadające pytanie o granice między zmyśleniem i prawdą. Autor Miedzianki wszędzie podkreśla, że książka jest fikcją, dając tym samym – trochę wbrew własnym intencjom – wsparcie koncepcji reportażu pozbawionego fikcji. Borges w swoich dziełach sugerował, że każde pisanie jest pisaniem fantastyki, bo zawsze jest to przetworzenie rzeczywistości przez czyjś, subiektywny umysł. Towarzyszenie temu procesowi i jego obserwowanie wydaje mi się najciekawszym doświadczeniem w lekturach najnowszych reportaży. I kombinowanie – z formą, językiem, sposobem narracji. A takich dzieł jest niewiele.  

 

Wojciech Szot, 21.10.2019 

O polskim reportażu literackim A.D. 2019 (Szot)

Jeszcze nie tak dawno mówiło się, że żyjemy w kryzysie fikcji, a czytelnicy i czytelniczki częściej decydują się na lektury książek z szeroko pojętego świata non-fiction, bo rzeczywistość przegania wyobraźnię autorów i autorek, a głodni jesteśmy poznawania świata.

Dzisiaj, gdy pytam ludzi od książek”, nie słyszę już optymizmu w tej sprawie, od większych wydawców słyszę, że coraz trudniej sprzedać reportaż, a dziennikarze zapytani o najlepsze tegoroczne reportaże wymieniają zaledwie kilka tytułów, w większości się powtarzających.  

 

Po kilku dniach wypytywania przestaję być zaskoczony standardową odpowiedzią  w tym roku nie przeczytałem/łam za wielu reportaży. Powody? Nie było wybitnych dzieł, tematy mało ciekawe, to jakaś fabryka się zrobiła przeczytałem w jednej z wiadomości. Wystarczy spojrzeć na to ile książek powstało o lecie 39, niestety polskie produkcje w tym temacie są co najmniej rozczarowujące i nie zostaną w pamięci do lata roku 2020. Z tematem nie poradził sobie Marcin Wilk, który postanowił przepytać pamiętających tamto słynne lato. Okazało się – co było do przewidzenia – że są to bardzo zwyczajne historie, zakończone wielką tragedią. Niewiele pozostaje do zapamiętania. Anna Lisiecka dla Muzy napisała książkę „Wakacje 1939”, która próbuje spojrzeć na wydarzenia z perspektywy osób uprzywilejowanych – pisarzy, artystów, aktorów, a Marcin Zaborski w Lecie ‘39. Jeszcze żyjemy przygląda się sytuacji społecznej w Polsce i mimo pewnej nieudolności literackiej chyba najciekawiej przedstawia sytuację w kraju tuż przed wybuchem wojny. Modne tematy, presja czasu, niezbyt rozbudowane tło, mocno publicystyczne teksty skonstruowane poprawnie, bez szczególnych interwencji redaktorskich. To ostatnie wydaje się być największym niebezpieczeństwem reportażu – coraz częściej książki z tego gatunku ewidentne pozbawione są redaktora/redaktorki prowadzącej, która by interweniowała, gdy pisanie idzie w kierunkach odległych od sensów, a tym bardziej brakuje osób, które umiejętnie ingerowałyby w skończone już dzieła.  

 

Taki niedosyt pozostawia ostatnio wiele książek polskich autorów. U Marty Sapały, która bardzo ciekawie pisze o tym, co się dzieje z żywnością, której nie spożyjemy, zaskakuje nadmiar materiału i jego zbyt duży rozstrzał tematyczny – od freeganizmu po reportaż o przekazującym ubogim chleb przedsiębiorcy, który trochę chciał dobrze, a trochę oszukał system podatkowy. W reportażu Aleksandry Boćkowskiej, Można wybierać mimo deklaracji, że autorka zamierza przedstawić pozawarszawską perspektywę na wybory roku 89, w stolicy lądujemy zbyt często, a niedobory redakcji najbardziej widać w tym, że nikt nie namówił autorki na większą problematyzację tematu, poza pokazywaniem interesujących obrazów. Książki wydają się często nieprzegadane przed publikacją – nawet u Małgorzaty Rejmer w “Błoto słodsze niż miód” w pewnym momencie repetytywność formy reporterskiej zaczyna zamiast budować napięcie, budzić pewne znużenie. Gdyby zastosować tu kilka form – wywiad angielski, sam dialog, opowieść bohatera, relację reporterską książka z pewnością wiele by zyskała na literackiej jakości, choć tu i tak piszę o książce wyjątkowo dobrej. Ale zawsze może być lepiej. Sporo naiwności widać u Grzegorza Sterna, w jego książce o Birmie, Borderline. Mam tam swój ulubiony moment, gdy reporter dziwi się, że skazany na śmierć, osadzony w klatce, rebeliant nie odwzajemnił uśmiechu. Historia ta sporo mówi reporterze, ale jest mocno niepotrzebnym dodatkiem. Redaktorzy od reportażu śpią zbyt spokojnym snem.  

 

Wciąż ukazują się jednak książki istotne i wybitne. Myślę, że najciekawszym tegorocznym (piszę te słowa na początku października) reportażem jest wydana przez Dowody na Istnienie książka 27 śmierci Toby’ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko. Trudno mi uwierzyć w to, że jest to reporterski debiut. Autorka opowiada historię wielu lat przemocy, jaką stosowali w majestacie prawa uprzywilejowani Kanadyjczycy wobec coraz bardziej nielicznych potomków rdzennych mieszkańców tych ziem. Autorka pokazuje, że idealny wizerunek Kanady jest w jakimś stopniu produktem marketingu, a Kanadyjczycy mają się z czym rozliczać w swojej najnowszej historii. Autorka doskonale balansuje pomiędzy brutalnością świata, w którym przyszło dojrzewać jej bohaterom, a szerszym planem. Dynamiczna, różnorodna, wstrząsająca, a jednocześnie nie kiczowata.  

 

Dużo większe moje wątpliwości budzi ostatnia książka Wojciecha Tochmana, bo choć jest to pisanie uważne i wrażliwe wobec bohaterów, rozumiejące i współczujące, niepozbawione do tego misji, to literacko mocno niedopracowane, chwilami jest to bardziej lektura zbliżona do raportu misji humanitarnej, niż udanego reportażu. Ale nie można nie docenić reportera, który szuka tematów trudnych, nieobecnych w światowej publicystyce.  

 

Mocne emocje towarzyszyły mi też przy lekturze Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia Cezarego Łazarewicza. Dziennikarskie śledztwo , w którym autor próbuje znaleźć odpowiedzi na pytanie dlaczego na sztandarach polskiej prawicy znalazł się człowiek, który zamordował sekretarza partii południowoafrykańskich komunistów. Pytany o Łazarewicza, Michał Nogaś, dziennikarz Gazety Wyborczej mówi mi, że autor raz jeszcze pokazał, jak powinno wyglądać rzetelne dziennikarskie śledztwo. Portret psychologiczny mordercy to jedna z najmocniejszych stron książki. Jak i fakt, że Łazarewicz nie poprzestaje na samym Walusiu, a dociera do jego rodziny i przyjaciół. I namawia ich na mówienie. 

 

Gdy pytam Piotra Koftę (radiowa Dwójka) o ulubione reportaże słyszę, że dziennikarz nie nadaje się na czytelnika reportaży, bo jest czuły na język, a ten w większości polskich książek jest sztampowy i przewidywalny. Co zatem poleca? Springera (choć ten zarzeka się, że nie napisał reportażu), Instrukcję nadużycia Alicji Urbanik-Kopeć za połączenie pracy historycznej, eseju, reportażu i świetnego, lakonicznego, sarkastycznego miejscami pióra i Wędrowny zakład fotograficzny Agnieszki Pajączkowskiej za znakomity słuch językowy, empatię i wrażliwość, która znacząco wykracza poza reporterską ciekawość.  

 

Rozmawiam z Piotrem i dochodzimy do wniosku, że w reportażu brakuje nam pisania ze środka, Piotr woli określenie “z bebechów”. Reporterzy wybierają dość bezpieczne tematy, gdzie nie muszą się odsłaniać, a prezentowanie własnego zdania wciąż bywa czymś wstydliwym. Gdy Magdalena Okraska napisała “Ziemię jałową”, bardzo osobisty reportaż o Zagłębiu Dąbrowskim, wśród zarzutów do książki pojawił się argument, że brakuje w niej odwołań do fachowej literatury, raportów (Tygodnik Powszechny). Wciąż przywiązani jesteśmy do formy reportażu, jako paraobiektywnej relacji ze świata. W ostatnim czasie jednak coraz więcej autorów wymyka się temu i pisze książki reporterskie, czy korzystające z form reporterskich, ale mieszające gatunki i mieszające w naszych czytelniczych przyzwyczajeniach. W tym roku Nagrodę Nike dostał Mariusz Szczygieł za eklektyczną książkę, w której fikcja miesza się z reportażem, a Filip Springer wydał dzieło zadające pytanie o granice między zmyśleniem i prawdą. Autor Miedzianki wszędzie podkreśla, że książka jest fikcją, dając tym samym – trochę wbrew własnym intencjom – wsparcie koncepcji reportażu pozbawionego fikcji. Borges w swoich dziełach sugerował, że każde pisanie jest pisaniem fantastyki, bo zawsze jest to przetworzenie rzeczywistości przez czyjś, subiektywny umysł. Towarzyszenie temu procesowi i jego obserwowanie wydaje mi się najciekawszym doświadczeniem w lekturach najnowszych reportaży. I kombinowanie – z formą, językiem, sposobem narracji. A takich dzieł jest niewiele.  

 

Wojciech Szot, 21.10.2019