NA GRANICY ŚWIATÓW (WRÓBEL)

Jasnowidz i detektyw. Kiedy zastanawiamy się nad tymi profesjami zanurzeni w dzisiejszych kategoriach poznawczych, z łatwością dojdziemy do wniosku, że znajdują się na dwóch końcach spektrum.

Jasnowidz osadzony jest w świecie nierealnym, rozmawia z duchami, widzi aury i to, co umyka zwykłym śmiertelnikom. Jego wiedza nie poddaje się naukowej weryfikacji. Co innego detektyw, już na zawsze sprzęgnięty w naszych głowach z obrazem Sherlocka Holmesa. Logika, dedukcja, nauka, przejrzyste i jasne wnioskowanie, które można odtworzyć krok po kroku, udowadniając zadziwionym Watsonom tego świata, że rozwiązanie zawsze jest dostępną rozumowi sumą widocznych faktów.  

Jednak czytelników „Jasnowidzów i detektywów” już na wstępie czeka niespodzianka. Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz mówią stanowczo: nie tak szybko z tymi stereotypami, drodzy czytelnicy i czytelniczki. Jasnowidz i detektyw, pierwszoplanowi bohaterowie kultury i masowej wyobraźni przełomu XIX i XX wieku, są dwiema stronami tej samej monety, produktem przełomu pozytywistycznego i więcej ich łączy niż dzieli. Druga połowa XIX wieku to moment, w którym życie ludzkie, dzięki rozwojowi nauki i technologii, zmienia się o wiele szybciej niż kiedykolwiek do tej pory. Elektryczność, pierwsze samochody, niesamowity postęp w naukach medycznych, kino. Ludzie zaczynają wierzyć, że skoro tyle zostało już zbadane i wyjaśnione, to właściwie nie ma granic poznania. Można naukowo zweryfikować wszystko. Świat znajdujący się jeszcze poza granicami empirycznych doznań, niedługo będzie namacalny –  skoro za pomocą telefonu można usłyszeć kogoś, kto jest daleko, a telegrafem przekazać wiadomość na odległość, zupełnie logiczne wydaje się nawiązywanie kontaktów z innymi wymiarami przestrzeni. Istnienie duchów i możliwość rozmawiania z nimi będzie wreszcie naukowym faktem i uporządkowanym doznaniem, opartym na tak trzeźwych i skatalogowanych przesłankach jak praca nowoczesnych detektywów i służb policyjnych, posługujących się zdobyczami nauki: grafologią, fotografią, daktyloskopią i wiedzą o kształcie czaszek osób szczególnie skłonnych do łamania prawa. Nie sposób nie odwołać się znowu do Sherlocka Holmesa i jego ojca-stworzyciela. Arthur Conan-Doyle łączy w sobie dwa pozornie sprzeczne prądy epoki. Popularyzator postaci detektywa był jednocześnie zapalonym spirytystą, uczestnikiem seansów i entuzjastycznym obrońcą wszelkich historii niesamowitych – warto przypomnieć chociażby sprawę fotografii, na których dwie kuzynki z angielskiego Cottingley utrwaliły wróżki i elfy, odwiedzające ich ogród. Kiedy patrzymy na ich zdjęcia dzisiaj, możemy co najwyżej prychnąć śmiechem, widząc jak bardzo obrazy odbiegają od tego, co przywykliśmy uważać za realne. Dla Conan-Doyle’a i jego współczesnych taka reprezentacja była jednak złudnie podobna do rzeczywistości. Zresztą w biografii brytyjskiego pisarza znajduje się jeszcze jeden rys, charakterystyczny dla fascynatów spirytyzmu i wirujących stolików. Syn Conan-Doyle’a zginął w I wojnie światowej, podobnie jak miliony młodych mężczyzn, poległych na polu walki lub zaginionych bez śladu. Trauma wojenna jest jedną z przyczyn szalonej popularności mediów i seansów – ludzie gotowi są na wszystko, żeby jeszcze raz porozmawiać z ukochanymi albo dowiedzieć się, jaki spotkał ich los.  

Haska i Stachowicz, kreśląc wprawnie szerokie prądy epoki, skupiają się na polskim wycinku historii jasnowidzów i detektywów. Co ciekawe, o ile w przypadku większości zagadnień można natychmiast dostrzec specyficzną, polską odmianę ogólnoświatowych trendów, w tym przypadku Polska pozostaje zadziwiająco au courant, nie dorzucając elementów mesjanistyczno-martyrologicznych. Warszawę odwiedzają światowej sławy media, między innymi Włoszka Eusapia Palladio, która potrafi lewitować, zmieniać masę ciała podczas seansów i poruszać na odległość meble, rodzime sławy podróżują po Europie. Ich śladem podążają łowcy mediów, zdeterminowani, by raz na zawsze zdemaskować oszustów – albo potwierdzić ich moce. Jedno i drugie jest niełatwe – jeżeli w obecności weryfikatorów seans się nie udaje, nie musi to przecież świadczyć od razu o tym, że jego gwiazda coś kręci. Mogła się zdekoncentrować, wywoływanie duchów to przecież nie jest mechaniczny proces, odbywający się na zawołanie. A jeżeli ekipa demaskatorów odkryła podejrzane sznureczki, dźwignie czy kłęby ektoplazmy, ukryte zawczasu w tajnej kieszeni – no cóż, czasem nawet najlepsi muszą sobie pomagać. W przypadku, kiedy jednak medium ponad wszelką wątpliwość zostanie uznane za oszusta lub oszustkę, to także niekoniecznie przeszkadza w dalszej karierze – wystarczy wyjechać na prowincję czy do innego miasta, nikt przecież nie będzie googlował referencji.  

Detektyw wydaje się postacią bardziej jednoznaczną, ale wcale taką nie jest. Dla „porządnych ludzi” zawód ten, chociaż powiązany z pracą policji i wymiaru sprawiedliwości, jest jednak nieco podejrzany i niepewny. Czy ktoś, kto tak znakomicie potrafi wtopić się w tłum, pracować w przebraniu, kto ma dojścia do półświatka i jest w stanie przeniknąć jego tajemnice, nie jest jednak człowiekiem odrobinę trefnym? Kto inny w sumie chciałby zarabiać na życie, grzebiąc w sekretach innych? Intuicje te często znajdują potwierdzenie w biografiach konkretnych postaci. Autorzy relacjonują fascynujące dzieje Ludwika Kurnatowskiego i Daniela Bachracha, warszawskich detektywów, balansujących zgrabnie na krawędzi dwóch światów, oskarżanych o współpracę z przestępcami, uniewinnianych, oskarżanych ponownie. Przy okazji widać tutaj mało zaskakującą prawidłowość. Wielu detektywów, którzy wykonywali swoje zadania sumiennie, z mniejszą być może dezynwolturą, przepadło w mrokach dziejów. Na karatach historii zostali ci, którzy do umiejętności potrafili dorzucić coś więcej, stworzyć i sprzedać legendę o sobie. 

„Jasnowidze i detektywi” to książka pisana przez naukowca i naukowczynię, ale szalenie przystępna, oparta w dużej mierze na archiwalnych materiałach, które autorzy przejrzeli dla naszego dobra, zadziwienia i uciechy. Mało tu humanistycznego żargonu, dużo fascynujących doniesień z międzywojennej prasy, zapadających w pamięć postaci, głośnych spraw kryminalnych, do których rozwiązania przyczynili się (lub przynajmniej próbowali) wielcy wizjonerzy i detektywi. Kobiety są w tym świecie słabiej reprezentowane: wśród sił policyjnych nie ma ich wcale, kilka znajdujemy po stronie mediów, ale, jak zaznaczają autorzy, trzeba w tym kontekście zwrócić uwagę na kwestie seksualizacji pań występujących w roli pośredniczek między światem żywym a domeną duchów. Medium można przecież rozebrać, żeby sprawdzić, czy nic nie ukrywa. Medium może rozebrać się sama, w uniesieniu seansu. Nie jest to warunkiem koniecznym, ale dodaje spotkaniu ze zmarłymi zupełnie ziemskiej pikanterii. 

I kiedy tak bawimy się w najlepsze, dziwiąc się naiwności i skłonności do wiary w nadprzyrodzone moce tych naszych biednych przodków, pamięć (i autorzy) nieżyczliwie przywołują dwa nazwiska: Rutkowski i Jackowski. Jasne, trochę naśmiewamy się z medialnych karier detektywa i jasnowidza, ale czy w gruncie rzeczy odeszliśmy aż tak daleko od mentalności przełomu pozytywistycznego? Czy może jednak nadal potrafimy i chcemy widzieć wróżki, pląsające wesoło na leśnej polanie? 

 

Olga Wróbel, Kurzojady (https://www.facebook.com/Kurzojady/)

Agnieszka Haska, Jarzy Stachowicz, „Jasnowidze i detektywi”
Wyd. Sonia Draga/Post factum, 2019

NA GRANICY ŚWIATÓW (WRÓBEL)

Jasnowidz i detektyw. Kiedy zastanawiamy się nad tymi profesjami zanurzeni w dzisiejszych kategoriach poznawczych, z łatwością dojdziemy do wniosku, że znajdują się na dwóch końcach spektrum.

Jasnowidz osadzony jest w świecie nierealnym, rozmawia z duchami, widzi aury i to, co umyka zwykłym śmiertelnikom. Jego wiedza nie poddaje się naukowej weryfikacji. Co innego detektyw, już na zawsze sprzęgnięty w naszych głowach z obrazem Sherlocka Holmesa. Logika, dedukcja, nauka, przejrzyste i jasne wnioskowanie, które można odtworzyć krok po kroku, udowadniając zadziwionym Watsonom tego świata, że rozwiązanie zawsze jest dostępną rozumowi sumą widocznych faktów.  

Jednak czytelników „Jasnowidzów i detektywów” już na wstępie czeka niespodzianka. Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz mówią stanowczo: nie tak szybko z tymi stereotypami, drodzy czytelnicy i czytelniczki. Jasnowidz i detektyw, pierwszoplanowi bohaterowie kultury i masowej wyobraźni przełomu XIX i XX wieku, są dwiema stronami tej samej monety, produktem przełomu pozytywistycznego i więcej ich łączy niż dzieli. Druga połowa XIX wieku to moment, w którym życie ludzkie, dzięki rozwojowi nauki i technologii, zmienia się o wiele szybciej niż kiedykolwiek do tej pory. Elektryczność, pierwsze samochody, niesamowity postęp w naukach medycznych, kino. Ludzie zaczynają wierzyć, że skoro tyle zostało już zbadane i wyjaśnione, to właściwie nie ma granic poznania. Można naukowo zweryfikować wszystko. Świat znajdujący się jeszcze poza granicami empirycznych doznań, niedługo będzie namacalny –  skoro za pomocą telefonu można usłyszeć kogoś, kto jest daleko, a telegrafem przekazać wiadomość na odległość, zupełnie logiczne wydaje się nawiązywanie kontaktów z innymi wymiarami przestrzeni. Istnienie duchów i możliwość rozmawiania z nimi będzie wreszcie naukowym faktem i uporządkowanym doznaniem, opartym na tak trzeźwych i skatalogowanych przesłankach jak praca nowoczesnych detektywów i służb policyjnych, posługujących się zdobyczami nauki: grafologią, fotografią, daktyloskopią i wiedzą o kształcie czaszek osób szczególnie skłonnych do łamania prawa. Nie sposób nie odwołać się znowu do Sherlocka Holmesa i jego ojca-stworzyciela. Arthur Conan-Doyle łączy w sobie dwa pozornie sprzeczne prądy epoki. Popularyzator postaci detektywa był jednocześnie zapalonym spirytystą, uczestnikiem seansów i entuzjastycznym obrońcą wszelkich historii niesamowitych – warto przypomnieć chociażby sprawę fotografii, na których dwie kuzynki z angielskiego Cottingley utrwaliły wróżki i elfy, odwiedzające ich ogród. Kiedy patrzymy na ich zdjęcia dzisiaj, możemy co najwyżej prychnąć śmiechem, widząc jak bardzo obrazy odbiegają od tego, co przywykliśmy uważać za realne. Dla Conan-Doyle’a i jego współczesnych taka reprezentacja była jednak złudnie podobna do rzeczywistości. Zresztą w biografii brytyjskiego pisarza znajduje się jeszcze jeden rys, charakterystyczny dla fascynatów spirytyzmu i wirujących stolików. Syn Conan-Doyle’a zginął w I wojnie światowej, podobnie jak miliony młodych mężczyzn, poległych na polu walki lub zaginionych bez śladu. Trauma wojenna jest jedną z przyczyn szalonej popularności mediów i seansów – ludzie gotowi są na wszystko, żeby jeszcze raz porozmawiać z ukochanymi albo dowiedzieć się, jaki spotkał ich los.  

Haska i Stachowicz, kreśląc wprawnie szerokie prądy epoki, skupiają się na polskim wycinku historii jasnowidzów i detektywów. Co ciekawe, o ile w przypadku większości zagadnień można natychmiast dostrzec specyficzną, polską odmianę ogólnoświatowych trendów, w tym przypadku Polska pozostaje zadziwiająco au courant, nie dorzucając elementów mesjanistyczno-martyrologicznych. Warszawę odwiedzają światowej sławy media, między innymi Włoszka Eusapia Palladio, która potrafi lewitować, zmieniać masę ciała podczas seansów i poruszać na odległość meble, rodzime sławy podróżują po Europie. Ich śladem podążają łowcy mediów, zdeterminowani, by raz na zawsze zdemaskować oszustów – albo potwierdzić ich moce. Jedno i drugie jest niełatwe – jeżeli w obecności weryfikatorów seans się nie udaje, nie musi to przecież świadczyć od razu o tym, że jego gwiazda coś kręci. Mogła się zdekoncentrować, wywoływanie duchów to przecież nie jest mechaniczny proces, odbywający się na zawołanie. A jeżeli ekipa demaskatorów odkryła podejrzane sznureczki, dźwignie czy kłęby ektoplazmy, ukryte zawczasu w tajnej kieszeni – no cóż, czasem nawet najlepsi muszą sobie pomagać. W przypadku, kiedy jednak medium ponad wszelką wątpliwość zostanie uznane za oszusta lub oszustkę, to także niekoniecznie przeszkadza w dalszej karierze – wystarczy wyjechać na prowincję czy do innego miasta, nikt przecież nie będzie googlował referencji.  

Detektyw wydaje się postacią bardziej jednoznaczną, ale wcale taką nie jest. Dla „porządnych ludzi” zawód ten, chociaż powiązany z pracą policji i wymiaru sprawiedliwości, jest jednak nieco podejrzany i niepewny. Czy ktoś, kto tak znakomicie potrafi wtopić się w tłum, pracować w przebraniu, kto ma dojścia do półświatka i jest w stanie przeniknąć jego tajemnice, nie jest jednak człowiekiem odrobinę trefnym? Kto inny w sumie chciałby zarabiać na życie, grzebiąc w sekretach innych? Intuicje te często znajdują potwierdzenie w biografiach konkretnych postaci. Autorzy relacjonują fascynujące dzieje Ludwika Kurnatowskiego i Daniela Bachracha, warszawskich detektywów, balansujących zgrabnie na krawędzi dwóch światów, oskarżanych o współpracę z przestępcami, uniewinnianych, oskarżanych ponownie. Przy okazji widać tutaj mało zaskakującą prawidłowość. Wielu detektywów, którzy wykonywali swoje zadania sumiennie, z mniejszą być może dezynwolturą, przepadło w mrokach dziejów. Na karatach historii zostali ci, którzy do umiejętności potrafili dorzucić coś więcej, stworzyć i sprzedać legendę o sobie. 

„Jasnowidze i detektywi” to książka pisana przez naukowca i naukowczynię, ale szalenie przystępna, oparta w dużej mierze na archiwalnych materiałach, które autorzy przejrzeli dla naszego dobra, zadziwienia i uciechy. Mało tu humanistycznego żargonu, dużo fascynujących doniesień z międzywojennej prasy, zapadających w pamięć postaci, głośnych spraw kryminalnych, do których rozwiązania przyczynili się (lub przynajmniej próbowali) wielcy wizjonerzy i detektywi. Kobiety są w tym świecie słabiej reprezentowane: wśród sił policyjnych nie ma ich wcale, kilka znajdujemy po stronie mediów, ale, jak zaznaczają autorzy, trzeba w tym kontekście zwrócić uwagę na kwestie seksualizacji pań występujących w roli pośredniczek między światem żywym a domeną duchów. Medium można przecież rozebrać, żeby sprawdzić, czy nic nie ukrywa. Medium może rozebrać się sama, w uniesieniu seansu. Nie jest to warunkiem koniecznym, ale dodaje spotkaniu ze zmarłymi zupełnie ziemskiej pikanterii. 

I kiedy tak bawimy się w najlepsze, dziwiąc się naiwności i skłonności do wiary w nadprzyrodzone moce tych naszych biednych przodków, pamięć (i autorzy) nieżyczliwie przywołują dwa nazwiska: Rutkowski i Jackowski. Jasne, trochę naśmiewamy się z medialnych karier detektywa i jasnowidza, ale czy w gruncie rzeczy odeszliśmy aż tak daleko od mentalności przełomu pozytywistycznego? Czy może jednak nadal potrafimy i chcemy widzieć wróżki, pląsające wesoło na leśnej polanie? 

 

Olga Wróbel, Kurzojady (https://www.facebook.com/Kurzojady/)

Agnieszka Haska, Jarzy Stachowicz, „Jasnowidze i detektywi”
Wyd. Sonia Draga/Post factum, 2019